Sukces golfowych szóstek, triumf ekipy z Danii w European Tour

Thorbjørn Olesen i Lucas Bjerregaard z Danii wygrali pierwszą edycję Golf Sixes, pokonując w finale pierwszego w historii GolfSixes z cyklu European Tour Australijczyków Scotta Henda i Sama Brazela. Trzecie miejsce należy dla reprezentacji Szkocji (Richie Ramsay, Marc Warren).

Na polu Centurion Club w St. Albans dokonano niemałej rewolucji w European Tour. 16 zespołów narodowych walczyło najpierw w fazie grupowej, a potem, już osiem najlepszych, w fazie pucharowej rozgrywanej na sześciu dołkach. Otoczka też była dla golfa niecodzienna.

Wejście na pierwsze tee niczym bokserzy wychodzący na ring – przy akompaniamencie muzyki, specjalnych efektach pirotechnicznych i głośnej wrzawie publiczności.

Nowości było więcej – zegar odmierzający czas na uderzenie (40 sekund w fazie grupowej, 30 sekund w fazie pucharowej) na czwartym dołku, mierzenie longest drive, specjalne nagrody za nearest to the pin czy pieniądze przekazywane na organizacje charytatywne za birdie na drugim dołku (zebrano 7 tys. funtów). Oprawa też była specjalna – kamery na dronach i łazikach, telebimy, więcej trybun. Wątpliwości było wiele, ale turniej obronił się sportowo i pod względem emocji, choć oczywiście, jak to z eksperymentami bywa, nie wszystko poszło idealnie.

W turnieju zwyciężyli Duńczycy, którzy wygrali Grupę A. W finale mierzyli się z najlepszą drużyną Grupy C, czyli Australią. To golfiści z Antypodów pierwsi wyszli na prowadzenie na trzecim dołku, ale trzy ostatnie dołki padły łupem drużyny duńskiej, która zwyciężyła 3-1. W meczu o trzecie miejsce Szkoci pokonali po dogrywce Włochów, a przesądził o tym konkurs nearest to the pin.

„To był dla nas fantastyczny turniej i cieszę się, że ten format ma wrócić w przyszłym roku. Potrzebujemy takiej odmiany i widać, że i kibicom to się podoba. Kilka rzeczy wymaga poprawy, ale już teraz jest to atrakcyjna forma”, powiedział Olesen.

Golfiści najbardziej chwalili sobie zegar odmierzający czas na uderzenie, który był wykorzystywany tylko na czwartym dołku, ale sądząc po opiniach grających, jego wprowadzenie w innych turniejach nie byłoby niczym złym.

„Czasami nie zdajemy sobie sprawy z tego, ile zajmuje nam samo uderzenie. Czasem to jest aż zawstydzające, ile czasu potrzebują zawodowi golfiści. Tutaj każdy starał się szybko zabrać za uderzenie, bo gdy na zegarze robiło się zero, automatycznie dostawałeś karne uderzenie. To pokazało, że wcale nie potrzebujemy aż tyle czasu, by zagrać piłkę. To dowód, że możemy grać szybciej. Teraz piłka po stronie władz Touru”, powiedział Andy Sullivan.

[fot]fot. Getty Images [/fot]