Mariusz Czerkawski o golfie, podróżach i rysowaniu aut

Najlepszy polski hokeista, który od kilku lat częściej niż na lodowisku widywany jest na polu golfowym. Mariusz Czerkawski specjalnie dla “Golf&Roll”.

Piotr Ragankiewicz: W jaki sposób zaczęła się twoja przygoda z golfem?

Mariusz Czerkawski: Moja przygoda zaczęła się wiele lat temu. Przez większość mojej sportowej kariery grałem w Szwecji, Kanadzie i Stanach Zjednoczonych. Mieszkając w tych krajach, trudno nie spotkać się z golfem, lub z kimś, kto w niego nie gra. Większość moich znajomych grała. Generalnie, bardzo się temu dziwiłem i uważałem ich za trochę dziwnych, że chciało im się wstawać o szóstej rano na rundę, a później, przy lunchu, o niej opowiadać. Po raz pierwszy raz na polu golfowym byłem w Szwecji, prawdopodobnie w 1992 roku. Ale nie przypadło mi to do gustu. Być może zupełnie źle zacząłem. W czasie rundy towarzyszyłem moim kolegom na polu. Na którymś dołku dali mi kija golfowego i powiedzieli, żebym uderzył kilka razy. Jak wiadomo, to jest zupełne „mission impossible”, żeby mając pierwszy raz kontakt z kijem golfowym, uderzyć dobrze w piłkę. Parę nieudanych uderzeń potrafi skutecznie zniechęcić. Doszedłem więc do wniosku, że ten sport jest bez sensu. Następnym razem na pole golfowe trafiłem jak byłem w Stanach Zjednoczonych, pod koniec lat 90. Wtedy już bardziej mi się podobało, ponieważ mój kolega grał, a ja prowadziłem meleksa. Przy okazji piłem coś zimnego i chyba jadłem jakiegoś hot-doga, więc było już bardzo po amerykańsku. Oczywiście wziąłem parę razy od niego kija i próbowałem uderzyć. Parę razy się udało, raz zagrałem jakiegoś „szczura”, lecz ogólnie bardziej mi to przypadło do gustu. No i do trzech razy sztuka. W 2009 roku zostałem zaproszony w Polsce do akcji, gdzie w golfa uczyli się grać celebryci. Idealnie do niej pasowałem, ponieważ karierę hokeisty skończyłem rok wcześniej. Jednak długo musieli mnie namawiać. Był to okres mojej fascynacji tenisem. Codzienne treningi, mecze. W końcu jednak stwierdziłem, że nie mam nic do stracenia.

 P. R.: Dużo twoich kolegów z NHL grało wtedy w golfa?

M.C.: Bardzo dużo. Mogę wręcz wymienić na palcach tych, którzy nie grali. Jedni byli większymi pasjonatami, drudzy mniejszymi. Ale każdy miał coś z nim do czynienia. Pamiętam, że praktycznie każde zgrupowanie na początku sezonu zaczynało się charytatywnym turniejem golfowym, możliwością spotkania z prezesem, kibicami – typowe friendly round. My – nie grający – też w nich uczestniczyliśmy, lecz, nie ukrywam, trochę się  nudziliśmy. Oprócz kilku graczy z Europy Wschodniej i kontuzjowanych, praktycznie cała drużyna grała na polu. Lepiej lub gorzej.

P.R.: Czy grasz jeszcze czasami z nimi w golfa?

M.C.:  Tak, mam paru kolegów ze Szwecji i trzymam się z nimi tutaj, w Europie. Od paru lat jestem też zapraszany w maju na spotkanie do Toronto. Jednak oni grają tam też w hokeja, a mi nie chce się za bardzo latać ze sprzętem hokejowym.

P. R.: Jak dużo czasu poświęcasz na ćwiczenia?

M. C.:  Z ćwiczeniami jest u mnie ciężko, bo nie mam cierpliwości. Z kolei jak mam czas, to wolę zagrać rundę golfa. Jak przychodzi sezon golfowy, staram się dwa, trzy razy w tygodniu być na polu. Może czasami uda mi się także dodatkowo wyskoczyć na driving range. Wolę jednak przejść pole golfowe szybkim spacerem i stracić przy okazji te kilkaset kalorii.

P. R.: Czy masz jakieś plany golfowe na najbliższe sezony?

M.C.: Dwa lata temu pragnąłem mieć jednocyfrowy handicap. Później starałem się zejść poniżej pięciu [obecnie Mariusz ma hcp. 4 – przyp. red.]. Teraz trafiłem na „ścianę”, ponieważ żeby rozwijać się dalej, trzeba jeszcze bardziej się poświęcić. Ogólnie chciałbym grać solidnie na swój handicap, czyli przynosić więcej rund z „7” z przodu. Mam też jeszcze parę turniejów zaplanowanych w obecnym sezonie. Między innymi będę grał w World Golfers Championship w Binowie.

P. R.: Kiedyś powiedziałeś, że aktorem raczej nie zostaniesz, ale profesjonalnym golfistą być może.  Co o tym myślisz teraz?

M.C.:  Tak, oczywiście to było kiedyś moje marzenie, jednak nie wydaje mi się to już możliwe. Golfa trzeba zacząć trenować w wieku kilku lat i systematycznie się rozwijać. W polskim golfie rządzi młodzież. Mamy grupę utalentowanych młodych graczy, za których bardzo mocno trzymamy kciuki.

P.R.: Jakie jest twoje ulubione pole golfowe w Polsce?

M.C.: Nie mam swojego ulubionego. Tak naprawdę sprawia mi przyjemność to, że mam możliwość gry na wspaniałych polach, jakie mamy u nas w kraju. Większość pól jest zbudowana przez prywatnych przedsiębiorców, którzy pozwalają nam u siebie grać i przez to te obiekty są bardzo dobrze utrzymane.

P.R.: A ulubione filmy o tematyce golfowej?

M.C.: Na Youtube oglądam całkiem dużo, głównie o charakterze instruktażowym [śmiech – przyp. red.].

P.R.: Nie ukrywam, że zadając to pytanie, miałem na myśli „Farciarza Gilmora”…

M.C.: Tak, oglądałem to, kiedy jeszcze nie grałem w golfa. Więc musiałbym to trochę sobie odświeżyć. Ale, bez wątpienia, mógłbym się trochę utożsamić z fabułą.

 P.R.: Jak zareagowała rodzina na nową, sportową pasję Mariusza Czerkawskiego?

 M.C.:  Generalnie, nie było z tym większego problemu. Oczywiście, na początku było trudno wytłumaczyć żonie, co się robi pół dnia poza domem. Kiedy grałem w tenisa, to nie było mnie tylko trzy godziny. Ale żona szybko zrozumiała, że jest to moja wielka pasja. Ten czas jest w golfie najdroższy. Rundy golfa są na świecie coraz dłuższe, co być może – nie u nas – ale na Zachodzie odpycha trochę osób od aktywnego uprawiania tej dyscypliny.

 P.R.: Udało Ci się już kogoś zarazić swoją pasją?

 M.C.:  Żona ma swoje kije i buty golfowe. Czekam tylko, jak załapie ten feeling. Była ze mną już kilka razy na polu. Mam nadzieję, że w jej przypadku będzie tak jak ze mną i za którymś razem wciągnie się. Na pole często zabieram za to syna. Sprawia mu radość uderzanie piłek. Kiedy jesteśmy na wakacjach, większość czasu spędza ze mną na golfie. Olbrzymią frajdę przynosi mu na przykład jeżdżenie meleksem.

P.R.: Jakich cech charakteru nauczył Cię sport, które są przydatne zarówno w życiu, jak i biznesie?

M.C.: Pokora, determinacja, umiejętność pracy w zespole. Szacunek dla przeciwnika, współgracza. Na pewno to, że trzeba twardo stąpać po ziemi. Ciężko pracować. Trzeba być świadomym tego, że nie zawsze wszystko układa się dobrze i trzeba te momenty przetrwać

P.R.: Czy wyniosłeś coś z hokeja, co przydaje Tobie się szczególnie na polu golfowym?

M.C.: Koncentracja, umiejętność zapomnienia o złym strzale. Wydaje się to trudne, ale dobrze jest zapomnieć o tym, co było i skupić się na następnym strzale, tercji, meczu..

P.R.: Po zakończeniu kariery hokeisty masz więcej czasu na zwiedzanie świata. Macie z rodziną swoje ulubione miejsce, do którego lubicie wracać?

M.C.: Lubimy przebywać w hiszpańskiej Marbelli. Niepowtarzalny klimat, dużo pól w okolicy. Poza tym wiemy już, gdzie można dobrą kolację zjeść i gdzie napić się espresso.

P.R.: Twoje wakacje są ustawiane pod golfa?

M.C.: Oczywiście. Musi być jakieś pole golfowe w pobliżu. Dlatego jeśli chodzi o Polskę, to spędzamy prawie cały sierpień w Międzywodziu koło Międzyzdrojów. Mamy blisko do Amber Baltic Golf Club – jakieś 6 kilometrów. Niedaleko leży także Dziwnów. Tam jest „Aleja Gwiazd Sportu”. Co roku witamy tam nowych sportowców, którzy zostawiają ślad swoich sukcesów. Ja już miałem tą przyjemność. W tym roku będziemy witać Jurka Dudka, więc na pewno będzie okazja, żeby zagrać wspólnie w golfa.

P.R.: A istnieje zakątek świata, którego jeszcze nie odwiedziłeś, ale od dawna zamierzasz?

M.C.: Marzy mi się Australia, ale na to przyjdzie jeszcze czas.

P.R.: Dużo czasu spędziłeś poza granicami Polski. Jak radziłeś sobie z utrzymywaniem kontaktu z rodziną?

M.C.: Kiedyś nie było tych możliwości technologicznych co teraz. Były to zupełnie inne, niesamowite czasy. Wtedy, aby pojechać do Szwecji trzeba było mieć wizę. Do domu pisałem listy a z rodzicami umawiałem się na telefon raz w tygodniu, bo rozmowy były bardzo drogie. Wiąże się z tym ciekawa historia. Swój pierwszy samochód dostałem od klubu szwedzkiego. Nie było wtedy możliwości zrobić zdjęcia i wysłać na maila, więc narysowałem w liście do mamy, jak wyglądało moje pierwsze auto. Ze spojlerem, z napisami od reklamodawców, gdzie one są, w jakim są kolorze… Nie ukrywam, że miałem tam momenty samotności. Kilka miesięcy spędziłem sam. Tylko trening i nauka języka. W mieszkaniu oglądanie szwedzkiej telewizji, bądź studiowanie słowników. Nie jest fajne, kiedy słyszysz rozmowę kolegów z drużyny, a ty nie wiesz, o co chodzi. Na szczęście już po paru miesiącach z moim szwedzkim było lepiej.

P.R.: Parę lat temu założyłeś stowarzyszenie Sport7. Czym się ono zajmuje?

M.C.:  Zajmuje się aktywizacją dzieci i młodzieży. Może bardziej dzieci, bo na młodzież może już być za późno. Ale próbować trzeba. Staramy się zagospodarować „białe orliki”. Przychodzi zima i nie wszystkie dzieciaki mają możliwość pojechania z rodzicami na narty. Chcemy zorganizować im ten czas na lodowiskach. Zawody, gry, treningi. W zeszłym roku przeszkoliliśmy także stu animatorów na takie zajęcia, w tym chcielibyśmy dwustu. Jest to stosunkowo młode stowarzyszenie. W roku 2012 działaliśmy na terenie ośmiu województw, w następnym dążymy do tego, żeby tę liczbę jeszcze powiększyć.

P.R.: Czy widzisz w przyszłości możliwość promocji golfa w ramach tego stowarzyszenia?

M.C.: Jasne, jest taka możliwość. Myśleliśmy o tym, lecz na razie chciałem skoncentrować się na hokeju, czyli na tym, z czym jestem najbardziej kojarzony. Chociaż też coraz więcej osób w Polsce zaczyna łączyć mnie z golfem. Na pewno jest taka możliwość i być może za kilka lat zajmiemy się także tym.

P.R.: Jesteś osobą mocno zaangażowaną w popularyzację twojej nowej pasji w Polsce. Parę lat temu wspomniałeś, że w przeszłości w kwestii hokeja Szwajcaria uczyła się od was, a teraz hokejowa Polska może uczyć się od Szwajcarów. Jakie ma rady Mariusz Czerkawski, żeby golfowa Polska poszła śladem szwajcarskich hokeistów?

M.C.: Trzeba popatrzeć na przykłady innych państw. Musi być większa dostępność do golfa. Potrzebujemy wielu pól publicznych blisko miast, żeby można było dojechać na trening autobusem. Musimy otworzyć się na współpracę ze szkołami. Ale też szkoły muszą się otworzyć na współpracę z klubami sportowymi. Tak samo jest, kiedy rozmawia się ze szkołą, by uczniowie w ramach zajęć pojechali na lodowisko. Trzeba wtedy zapłacić transport, ktoś musi załatwić ubezpieczenie itd. Zawsze najłatwiej jest rzucić dzieciakom piłkę na boisko i powiedzieć, żeby grali. W tę stronę poszli właśnie Szwajcarzy ze wszystkimi sportami. W szkołach zaangażowały się kluby i rodzice. Zaczęli organizować zawody, ligi i sekcje. Ściągali dobrych trenerów. Czuwali nad rozwojem infrastruktury sportowej. To nie jest przypadek, że mają efekty. Ciężko na nie pracowali przez wiele lat.

P.R.: Na koniec. Grałeś w golfa kijem do hokeja?

M.C.: No właśnie miałem dzisiaj okazję, w czasie sesji zdjęciowej, która miała miejsce przed naszym spotkaniem. Dużo łatwiej było trafić w piłkę golfową, ale nie sądzę, żeby leciała ona porównywalnie daleko.

P.R.: Dziękuję za wywiad i do zobaczenia na polu golfowym.

 

 

PODZIEL SIĘ
Poprzedni artykułWysyp nagród w Fox Open!Ostatnia szansa na zapisy
Następny artykułSzmidt i Kaczała na podium w Mistrzowach Polski
avatar
Zawodowy golfista, wcześniej zdolny amator. Studiuje dziennikarstwo na Uniwersytecie Wrocławskim a swoją dziennikarską pasję realizuje na łamach "Golf&Rolla". Jako zawodowiec swoich sił próbuje za granicą, m.in. w ligach Ecco Tour czy EPD Tour.