Waldemar Dąbrowski: Bezlitosne początki powojennego golfa

Jako pierwszy prezes Polskiego Związku Golfa miał okazję nie tylko wprowadzać organizację na salony Europejskiej Federacji Golfa, ale również organizować premierowe międzynarodowe turnieje, które jak w lustrze odsłoniły niedostatki i braki w technice gry biało-czerwonych reprezentantów. O bezlitosnych początkach opowiada Waldemar Dąbrowski.

G&R: 31 lipca 1993 r. powstaje Polski Związek Golfa, rok później zostaje Pan pierwszym prezesem tej federacji… Z jakimi wyzwaniami wiązały się te pionierskie czasy dla polskiego powojennego golfa?

Zamiast wielu wyzwań, był jeden cel – uświadomić jak największej liczbie osób, że coś takiego, jak golf w ogóle istnieje. W tamtych latach ta dyscyplina w ogóle nie funkcjonowała w świadomości społecznej. Przechadzając się Krakowskim Przedmieściem przebrany za krakowiankę, wzbudzałbym mniejszą sensację niż gdyby Andrzej Strzelecki maszerował z torbą z kijami. Golf był nieznany, nierozumiany, wydawał się fanaberią brytyjskich dżentelmenów, która nigdy nie przyjmie się w kraju nad Wisłą. Pamiętam, że nawet na spotkaniach prezesów związków sportowych, które odbywały się w Urzędzie Kultury Fizycznej i Turystyki budziłem zdziwienie. Podobnie podczas wywiadów, jakich udzielałem – wszystkie rozmowy koncentrowały się na tym, czym golf w ogóle jest. A trudno było działać na rzecz jego promocji, jeśli poza polami w Rajszewie, Kołczewie, Postołowie i Łukęcinie inne obiekty były jedynie mglistymi planami. To uniemożliwiało podejmowanie wielu inicjatyw, a sensu budowy pól nie widziały nawet władze samorządowe. Wszelkie rozmowy z radami gmin były trudne, bo argumenty, że taki obiekt to inwestycja w przyszłość, podniesienie atrakcyjności regionu itd. zupełnie do nich nie trafiały.

G&R: Wbrew przeciwnościom garstka zapaleńców postanowiła jednak ten sport w Polsce uprawiać…

I tu pytanie, jak w ogóle nauczyć się grać w tego golfa. W tamtych latach pojawiało się wielu hochsztaplerów, którzy gdzieś liznęli sportu, ale technicznie dobrze nie grali. Uczyli nas, a potem eliminowanie wyuczonych błędów okazywało się trudniejsze niż dla innych nauka od nowa. Zanim pojawili się Polsce profesjonalni trenerzy, mieliśmy do czynienia z pokoleniem zapędzonym przez tych rzekomych nauczycieli w kozi róg.

G&R: A gdzie Pan zaczynał grać? Skąd golf w Pana życiu i późniejsza decyzja o objęciu funkcji prezesa PZG?

W połowie lat 80. odwiedzałem kuzyna w Paryżu, a w telewizji transmitowany jakiś turniej. Kuzyn objaśniał mi wtedy istotę, terminologię i sportowy sens tej dyscypliny. Zaraz potem pojechałem z moimi wiedeńskimi przyjaciółmi na wakacje do Marbelli. Koło naszego hotelu było małe pole, a w wokół tej hiszpańskiej miejscowości dziesiątki kolejnych. Znajomi zabrali mnie na driving. Pierwsze uderzenia były bardzo obiecujące. Trenowałem w młodości piłkę ręczną, miałem więc motorykę sportowca i szybko się do tego golfa zapaliłem. Gdy dowidziałem się, że inny przyjaciel z Austrii – Franz Jurkowitsch, chce jako dodatek do hotelu Amber Baltic wybudować pole golfowe w Kołczewie, to od razu zacząłem tym projektem żyć. Równolegle państwo Jacobsson budowali obiekt w Rajszewie, gromadząc wokół niego kolejnych pasjonatów, na czele z Andrzejem Strzeleckim, Wojtkiem Pijanowskim czy Ryszardem Gacke, czyli osobami, które chwilę później zawiązywały Polski Związek Golfa. Gdy pojawiła się propozycja objęcia stanowiska prezesa, podjąłem rękawicę.

G&R: Jakie chwile z czasów Pana prezesury pamięta Pan najbardziej?
Ważne było premierowe Polish Open, które we wrześniu 1994 r. organizowałem w Międzyzdrojach. Sądzę, że to był pierwszy turniej w historii powojennego golfa, który stał na przyzwoitym poziomie sportowym. Ale mimo to pamiętam jak dobry brytyjski gracz, który na co dzień nauczał gry w Holandii, zwrócił mi uwagę, że nasi pro nawet nie potrafią trzymać kija. Nie chcę wymieniać nazwisk, ale takie to były bezlitosne początki… Jednak najbardziej pamiętny dla mnie moment to letnie popołudnie 1996 roku, kiedy to grałem sam w Amberze. O zachodzie słońca wchodziłem na ósmy dołek małego pola, który za oczkiem wodnym mocno pnie się w górę. Zapadał zmierzch, okolica skąpana była w miękkim, ciepłym świetle, które ułożyło się tak, że poczułem się jak w teatrum. Ujrzałem przed sobą strukturę antycznego teatru i zamarzyłem o czymś wyjątkowym. W ramach Festiwalu Gwiazd w Międzyzdrojach zorganizowałem więc w tym miejscu koncert chopinowski. Ściągnęliśmy fortepian i jak przyjechałem sprawdzić, jak stoi on na greenie, to moim oczom ukazał się… obrazek z płócien Dalego – klawiatura osobno, nogi i skrzynia osobno. Udało się jednak zrobić coś niesamowitego. Jurek Kalina stworzył taką ścianę ognia na horyzoncie, podświetlając wybrane miejsca pod lasem. Księżyc przesuwał się wolno na nieboskłonie, Janusz Olejniczak zasiadł do fortepianu. Grał Chopina, a wtórowały mu żaby. Klawiatura od wilgoci była już mokra, ale mimo to w finale wykonał scherzo b-moll, a wtedy… nawet żaby zamilkły. W kompletnej ciszy pola ten dramatyczny utwór w wykonaniu Janusza sprawił, że publiczność, w której były tak wybitne postaci, jak Adam Hanuszkiewicz, Jurek Hoffman czy Nina Terentiew, była oczarowana.

Zapadło mi także w pamięć niezwykłe spotkanie, jakie miało miejsce w 1995 r., kiedy to towarzyszyłem prezydentowi Lechowi Wałęsie w oficjalnej delegacji w Ameryce Południowej. Zostaliśmy zaproszeni na kolację do prywatnej rezydencji prezydenta Argentyny Carlosa Saul Menema. Zostałem posadzony koło sympatycznego, starszego pana, mówiącego piękną polszczyzną, który okazał się… Karolem Radziwiłłem, czyli najlepszym golfistą przedwojennej Polski. Opowiadał mi o tym, jak to grywał z księciem Walii podczas jego wizyt w naszym kraju, opowiadał o polach golfowych międzywojennej Polski…

G&R: Czy po odejściu z zarządu PZG miał Pan jeszcze kontakt z golfem?

Po tym jak przekazałem pałeczkę następcy, to dalej uprawiałem ten sport. Objechałem świat z torbą golfową – grałem w USA, Indiach, Japonii, Chinach, Korei, Skandynawii, Luksemburgu, Hiszpanii itd. Nawet z niezłymi wynikami, bo raz odnotowałem +2 po dziewięciu dołkach pola w Postołowie. Niestety, uraz kolana w 1998 r. wykluczył mnie ze sportu.

G&R: Czy mimo upływu lat obserwuje Pan polski golf, czy już nie leży w kręgu pana bieżących zainteresowań?

Wydawało mi się, że mam do niego dystans, ale tak nie jest. To wciąż ważna dla mnie sprawa. Coraz mniej się orientuję w nazwiskach, ale wciąż oglądam turnieje w telewizji, a jak przydarza się okazja to na żywo. Na przykład w 2006 r. byłem na Ryder Cup w Irlandii.

G&R: Czy polski golf rozwija się w kierunku i tempie, w jakim się Pan tego spodziewał?

Będąc prezesem, zorganizowałem spotkanie sekretarzy związków golfowych z Europy. Ci, którzy przybyli, polecili nam patrzeć na golf w perspektywie dekady. Założyłem wtedy, że do 2005 r. w Polsce będzie 20 pól. Potrzeba było o 10 lat więcej, ale golf idzie w dobrym kierunku.

Rozmawiała Anna Kalinowska, “Golf&Roll” nr 1-2018.

fot. Wojciech Olszanka

Waldemar Dąbrowski: menedżer i promotor kultury, wieloletni dyrektor Teatru Wielkiego – Opery Narodowej. Za zasługi dla polskiej kultury odznaczony Złotym Medalem Gloria Artis i Krzyżem Komandorskim Orderu Odrodzenia Polski. Absolwent Politechniki Warszawskiej i amerykańskiego Uniwersytetu Harvarda. W 1990 roku pierwszy raz został wiceministrem kultury i sztuki, szefem Komitetu Kinematografii. Sprawował ten urząd przez cztery lata, przeprowadzając reformę polskiej kinematografii. W 1998 r. objął stanowisko dyrektora naczelnego Teatru Wielkiego – Opery Narodowej, w latach 2002-2005 był ministrem kultury, a od października 2008 ponownie jest dyrektorem Teatru Wielkiego – Opery Narodowej