Urocza osiemnastka

Ten stres zaczyna się już na długo przed moim pojawieniem się na polu golfowym, na którym rozgrywany jest turniej. W zasadzie myślę o tym od momentu, gdy zapada decyzja o wzięciu udziału w zawodach. To strach przed kompromitacją, który zaczyna drążyć mi podświadomość.

Tekst: Rafał Bryndal

Nie mogę spać i sprawdzam do znudzenia w komputerze konfigurację pola na osiemnastce, na tym feralnym dla mojego stanu ducha dołku. Przez kilka dni wyobrażam sobie rozmaitego rodzaju usytuowania flagi na greenie i rozpatruję te pozycje względem umiejscowienia stolików na tarasie klubowej restauracji. Ta analiza mnie przeraża. Nie mogę spać, bo wyobrażam sobie rozmaitych znawców sztuki golfowej, którzy zasiądą nad devolajem, kaczką po pekińsku lub carbonarą i kontemplują rzeczywistość wokół siebie. To mnie przeraża do tego stopnia, że przez co najmniej tydzień nie jestem w stanie skupić się na swoich obowiązkach. Zaniedbuję psa, rodzinę, kolegów i komputer.

W dniu samych zawodów ten lęk jest nie do oponowania. Ledwie się przebudzę i uzmysłowię sobie, o której jest mój tee time, od razu spokój burzy świadomość, że po siedemnastu dołkach jest ten feralny – osiemnasty. Przygotowując sprzęt do walki o jak najlepszy wynik, analizuję głównie jej finałowy akord. W zasadzie przygotowuję się mentalnie tylko do tej ostatniej  rozgrywki. Zazwyczaj jest to, co prawda, już musztarda po obiedzie, ale człowiek marzy skrycie o jakiejś wisience na torcie. Te gastronomiczne skojarzenia powodują na tyle silne mdłości, że rezygnuję ze śniadania. Moją głowę zaprząta tylko jeden problem. W jaki sposób uporam się z osiemnastym dołkiem, nie kompromitując się przed zgromadzanym zawsze wokół niego towarzystwem?

Idąc na pierwsze tee, myślę już o tym ostatnim. Tyle już razy byłem świadkiem, jak zasiadająca w loży szyderców grupa ludzi deprymuje swoją obecnością golfistów kończących rundę! Nie muszą niczego komentować. Nie muszą nawet wpatrywać się zbytnio w green na ostatnim dołku. Sama już obecność onieśmiela i wprowadza zdenerwowanie w grze nawet największych twardzieli. Ręka drży, skupienie znika, a swing traci lekkość… Nic dziwnego, że tak często właśnie na tym dołku dochodzi do totalnej kompromitacji, zważywszy że stopień trudności na 18. dołku jest zazwyczaj bardzo duży. Piętrzą się tu rozmaitego rodzaju bunkry, wodne przeszkody powodują chorobę morską, a flaga na greenie jest tak postawiona, że trudno znaleźć do niej drogę nawet z GPS-em. Wszystko to tak wymyślone, by finał by godny całego pola. Chodzi oczywiście o widowiskowość!

Prawdziwi mistrzowie potrafią właśnie wtedy zaprezentować swój prawdziwy kunszt. Nowicjusze, do jakich ciągle się zaliczam i chyba będzie to stan permanentny, na ostatnim dołku zawalają wszystko. Spektakularne zbiorniki wodne, wyspy, bunkry na ostatnim dołku potęgują zdenerwowanie. Nie pomaga waleriana, krople miętowe i inne naturalne środki wyluzowania organizmu. Przed oczami mam tylko obraz mojej porażki i kompromitacji. Jeśli pierwszą dziewiątkę jeszcze jest w stanie człowiek zagrać na luzie, zapominając na chwilę o tym, co go czeka na końcu, to już na drugiej połowie pola zaczyna się „nerwówka”. W myślach powoli ustalam sobie taktykę na ten ostatni akord, lekceważąc to, co się dzieje przed dotarciem na końcowe tee. Tylko najbardziej wytrawni golfiści potrafią się na tyle skupić, by zapomnieć o niedogodnościach końcówki. Tacy jak ja grają od przypadku do przypadku. I to jest norma.

W końcu po licznych perturbacjach docieramy jednak na tee osiemnastego dołka. Widzimy gołym okiem zgromadzonych ludzi w klubowej restauracji, którzy po swojej rundzie odzyskują siły dzięki drinkom i cateringowi. Z moich handicapem zawsze gram prawie na końcu, więc nic dziwnego, że tylu ludzi czeka na show w moim wykonaniu. Oczywiście w oczami chorej wyobraźni widzę, jak wszystkie oczy skierowane są tylko na mnie. Mimo że nikogo zapewne nie obchodzi, co tak naprawdę robię, w moim przekonaniu czekają oni tylko na to, co zaprezentuję, by mnie wyśmiać lub nagrodzić brawami. Tak bardzo się skupiam, żeby nie doszło do jakiej totalnej kompromitacji, że w końcu do niej zazwyczaj dochodzi. Nic dziwnego, że na ostatnim dołku zdarzają się mi rozmaitego rodzaju dramatyczne przeżycia. Zatopienie całego zapasu piłek bywa jedną z najmniej dotkliwych porażek, jakie mogą golfistę spotkać na ostatnim dołku. Trafienie do talerza z rosołem, który stoi na stoliku przed żoną właściciela pola podczas nieudanego chipowania może być o wiele gorszym traumatycznym przeżyciem niż nieudany drive. Tak mocne uderzenie we flagę podczas puttowania, że piłka przelatując przez cały green, trafia w sędziego, który właśnie stanął, by podziwiać nasze wyczyny, też może zrobić wrażenie na wszystkich. Takie sytuacje śnią nam się potem po nocach…

Golf jednak polega na tym, że człowiek żyje w przeświadczeniu, że gra lepiej niż się wszystkim się wydaje i tego się należy trzymać. Bez względu na to, co czeka nas na ostatnim dołku.

fot. shutterstock.com

PODZIEL SIĘ
Poprzedni artykułAdam Scott na to zwycięstwo czekał cztery lata
Następny artykułMeksyk dla Reeda
avatar
Magazyn golfowy Golf&Roll | najświeższe informacje dotyczące golfa w Polsce i na Świecie, szereg porad dotyczących gry udzielanych przez najlepszych zawodowców, reguły, ciekawe wywiady, autorskie artykuły, rozbudowana sekcja dla początkujących oraz blogi tworzone przez osoby opiniotwórcze dla całego środowiska .