Trener od golfa

On to trener, który z jeden strony całym sercem poświęca się swoim podopiecznym, z drugiej strony wymaga wiele. Tak po żołniersku. Oni to jedni z najlepszych polskich młodych zawodników, którzy własnie zaczynają odnosić sukcesy na krajowym podwórku. O tym, jak skutecznie kształcić dobrych sportowców, opowiadają nam Wacław Laszkiewicz (trener) i jego zdolni podopieczni: Jakub Dymecki, Marysia Żrodowska i Filip Kowalski.

G&R: Co najbardziej cenicie w swoim trenerze?

Jakub Dymecki: W trenerze jest tyle rzeczy, iż trudno jest wybrać jedną…

Marysia Żrodowska: Mogę mówić i mówić i trudno będzie skończyć. Wacław Laszkiewicz jest taką osobą, że o co się  go nie poprosi, to zawsze wszystko rozważy, nigdy nie mówi:
„Nie, bo nie”. Ma dla nas czas: trenuje z nami, załatwia nam wyjazdy, jeździmy na różnego typu szkolenia także za granicę.

G&R: Czy jest to ostry trener?

Filip Kowalski: To trener, który był wojskowym, więc samo przez się rozumie.
Marysia: Jest trenerem wymagającym, ale w pozytywny sposób. Nie wymaga od nas czegoś, czego wie, że nie jesteśmy w stanie wykonać. Wszystko w granicach rozsądku.
Filip: Dobrze nas wychował. Nauczył nas kultury na polu golfowym.
Wacław: Dziękuję, proszę, dzień dobry i do widzenia są na porządku dziennym.
Kuba: W towarzystwie golfowym nie zachowujemy się niestosownie, niekulturalnie, tylko jak normalni ludzie.

G&R: Kiedy zaczęliście wspólnie trenować?

Filip: Było z tym różnie. Trafiłem do Wacława Laszkiewicza, kiedy miałem 6 lat. Były to regularne zajęcia dla początkujących juniorów, do których dołączyłem.
Kuba: Ja podobnie. Trafiłem do golfa 8 lat temu, miałem wtedy 8 lat. Naprawdę zacząłem grać w zimie na symulatorach, podstawy golfa pokazał mi tato. Na symulatorach poznałem Filipa i Wacława. W garażu z tatą trenowałem przez około dwa miesiące i jak pojechałem do Tokar, zacząłem trenować z Wacławem Laszkiewiczem i z Filipem. Raczej nie byłem w grupie, tylko ćwiczyliśmy we dwójkę pod okiem trenera.
Filip: Tak, tak, mamy wrodzony talent (śmiech).
Marysia: Moje początki były takie, że trafiłam na prywatne pole mojej koleżanki i ona mnie uczyła podstaw. Potem przenosiłam się z różnych pól, czasem nie pasował mi trener i nie mogłam z nim znaleźć wspólnego języka. Wcześniej, przed przyjściem do Tokar, byłam w Gorzowie, ale i tam współpraca nie wyszła. Byliśmy na konsultacjach z Wacławem i szybko się dogadaliśmy. I równie szybko przyszły rezultaty. Bo był bardzo miły i zaoferował dużą pomoc.

G&R: Jak często trenujecie?

Filip , Kuba: Codziennie.
Marysia: Ja raz w tygodniu na polu.
Filip: Są różne treningi. My z Kubą praktycznie mieszkamy na polu, w odległości 6 kilometrów od klubu.
Marysia: ja mam 150 kilometrów , wiec dla mnie to jest wyprawa. Teraz nie mam z kim dojeżdżać, bo tato zmienił pracę, więc jest to trudne.
Filip: Nie zawsze jest z nami trener. Często trenujemy również z naszymi ojcami. Codziennie indywidualnie pracujemy, powtarzając lekcje od trenera.
Kuba: Ustalone treningi z Wacławem Laszkiewiczem mamy dwa razy w tygodniu.
Filip: Gdy jesteśmy na polu, trener zawsze ma nas na oku. Pomoże nam w treningu lub wprowadzi jakąś poprawkę do naszej gry.
Kuba: Na początku sezonu ustalamy cele razem z trenerami kadry. Oni konsultują się z Wacławem i w ten sposób wszystko ustalamy.

G&R: Ile jest juniorów w klubie?

Filip: W każdą niedzielę są zajęcia grupowe, takie, w których ja sam zaczynałem. Nadal prowadzi je Wacław Laszkiewicz. Widzę, że jest dużo osób, które coraz więcej trenują i widać, że dobrze sobie radzą.
Wacław Laszkiewicz: W tej chwili jest 30 dzieci – to sporo. Nawiązujemy kontakt również ze szkołami. Mam asystenta Michał Karczmarczyka i asystentkę Karolinę Kulczykowską. Zaczyna to fajnie funkcjonować, dzieci lgną i co chwila przychodzi ktoś nowy.

G&R: Panie trenerze, czy trudno jest szkolić dzieci i młodzież?

Wacław Laszkiewicz: Trzeba dzieci i młodzież przede wszystkim kochać, być wyrozumiałym i cierpliwym. Trenować bardziej zabawowo, przynajmniej na początku. Nie jest to trudne, trzeba tylko do dzieci troszkę inaczej podchodzić niż do dorosłych. Ważna jest organizacja treningu, aby dzieci się nie nudziły. To nie może być trening długi, tylko intensywny i przeplatany zabawami. Ostatnio straciłem 11 piłek „Prov” w ciągu 15 minut, gdyż wymyśliłem zabawę, kto trafi w lampę prezesa, dostaje piłkę. Dzieci tak sobie odbijały z nudów – gdy rzuciłem im wyzwanie, nagle się zmotywowały i z 50 metrów celowały w lampę. Straciłem 11 piłek, ale zabawa była super, więc nie żałuję!

G&R: Jak wychować sportowców?

W.L.:  Trzeba stworzyć taką sytuację, aby w trening zaangażowani byli przede wszystkim rodzice. W tym momencie ojcowie Filipa i Kuby są również dobrymi graczami.  Ja nie ingeruję w ich stosunki, w ich techniczne rozwiązania, patrzę tylko, czy rodzice trenują z dziećmi prawidłowo. Ja inspiruję chłopaków, oni sobie sami też pomagają, ale nie rozbijam układu ojciec–syn. Tego nie wolno robić,  to trzeba wykorzystać. Kolejną ważną rzeczą jest współpraca z trenerem kadry. Nie wyobrażam sobie innej opcji, innego modelu niż taki trójkąt. Trener klubowy – trener kadry – rodzice. I oczywiście pośrodku tego zawodnik. To jest współpraca trenera kadry z klubowym i trenera klubowego z rodzicami oraz spotkania z zawodnikiem. To daje najlepszy efekt, inaczej być nie może.

G&R: W jaki sposób trener ma budować autorytet wobec tak zastanego układu?

W.L.: Budujemy swoje autorytety nawzajem, rodzice mój, a ja autorytet rodziców. Rodzice, osiągając pewne wyniki, są też zobowiązani do stosowania określonych technik. Oni się uczą od naszej młodzieży, a ta młodzież uczy się od najlepszych wzorców, ten układ działa zwrotnie.

G&R: Czy czasami rodzice przeszkadzają?

W.L.: W niektórych przypadkach tak, ale nie, gdy mówimy o tej trójce (Jakub Dymecki, Filip Kowalski, Marysia Żrodowska – przyp. red). Jeśli rodzice nie akceptują rozwiązań trenera lub tej współpracy, pojawia się problem. Rodzicom może wydawać się, że wiedzą lepiej. Gdybym zauważył, że coś jest nie tak, natychmiast bym próbował, może nie tyle ingerować, ile prostować pewne rzeczy. Jednak w tej sytuacji  wszystko doskonale chodzi, to idealny model i układ.

G&R: Jaki jest cel trenera wobec zawodnika?

W.L.: Jestem trenerem wychowanym na sporcie wyczynowym. Trzydzieści lat działałem w sporcie jako zawodnik i jako szef szkolenia i uważam, że zadaniem trenera jest doprowadzenie zawodnika do szkolenia centralnego, do kadry narodowej, a potem ścisła współpraca z trenerem kadry. Jestem praktycznie teraz na wszystkich konsultacjach, uczę się od Mike’a O’Briena i Filipa Naglaka. Przyjeżdżam na zawody, gram z nimi, poświeciłem się i gram z nimi nawet na pro-amach. I są tego znakomite efekty. Zobaczyłem bowiem od środka, czego może im brakować i to nadrabiam.

G&R: Jakie sporty wyczynowo uprawiałeś?

W.L.: Zacząłem od podnoszenia ciężarów w wieku kilkunastu lat. Trafiłem na doskonałego trenera – Ryszarda Szewczyka, wieloletniego trenera kadry olimpijskiej w podnoszeniu ciężarów. Później zainteresowałem się judo, zacząłem je uprawiać i znowu miałem szczęście trafić na doskonałych szkoleniowców. Na koniec, kiedy miałem 17 lat, zacząłem strzelać do ruchomej tarczy dzika i trafiłem do kadry olimpijskiej w strzelaniu grupy C. Znakomicie się to przełożyło na moje wyniki, kiedy byłem w szkole oficerskiej i później podczas przebiegu mojej służby w wojsku. Dało mi to również wiedzę i doświadczenie w pracy szkoleniowej w sporcie, a dla golfa było to wręcz bezcenne.

G&R: Czy wykorzystujesz to, czego nauczyli Cię Twoi trenerzy? Minęło sporo czasu i pewne techniki trenowania pewnie się zmieniły?

W.L.: Miałem wzorce najlepsze z możliwych: trenera jako nauczyciela techniki, jako wychowawcy, jako ojca, który potrafił zmobilizować, Był też moim autorytetem moralnym. Nie jest to trudne, jeśli się te wartości prezentuje na co dzień. Jestem szczery z zawodnikami, a więc działam często emocjonalnie i „bacik” jest w robocie. Czasem jestem ostry, ale wynika to z serdeczności i życzliwości do zawodników. Tak się złożyło, że miałem to szczęście uczyć się od znakomitych trenerów. Stąd może łatwość nawiązywania kontaktów z juniorami i ludźmi w ogóle. Większość naszych trenerów w golfie nie wywodzi się ze sportu wyczynowego. Każdy kopał piłkę, jeździł na rowerze, ale niewielu uprawiało sport tak naprawdę, a to jest zupełnie inne podejście do sprawy. Instruktorzy często w tej chwili patrzą na ucznia bardziej pod kątem komercyjnym. Oczywiście to również moja działalność, ale uważam, że wizytówką trenera jest jego zawodnik, jego wyniki sportowe, to do jakiego poziomu sportowego ich doprowadził. Bardzo cieszy mnie jednak fakt, że na zawodach wraz z zawodnikami spotykam moich młodszych kolegów , którzy „prowadzą” zawodników tak jak w innych dyscyplinach. Są z nimi na treningach przed startem, obserwują ich działania na polu, omawiają ich zagrania i trenują jeszcze po rundzie. Zaczyna się dziać dobrze, to jest droga do wyczynu sportowego w golfie i dobrych wyników.

G&R: W jaki sposób w całym modelu trenerskim funkcjonuje klub?

W.L.: Klub ma przede wszystkim wspierać. Pracujemy nad tym. Działacze klubowi dopiero uczą się pewnych rzeczy. Klub sportowy, działający jako stowarzyszenie kultury fizycznej, w swoim statucie zakłada między innymi trenowanie i wychowanie dzieci i młodzieży. Powinien wspierać szkolenie ze środków, które pozyskuje, w tym celu przecież uzyskuje pewne zwolnienia z podatków itp. U nas w klubie pracujemy nad tym bardzo mocno i są już pierwsze efekty. Jestem pełen nadziei, że doprowadzimy do sytuacji, iż zawodnicy zostaną sztandarem klubu, że zacznie się postrzegać klub przez osiągnięcia jego zawodników, zwłaszcza juniorów.

G&R: Czy trener jest w stanie rozpoznać talent golfowy na samym początku?

W.L.: Talent może nie, ale pewne predyspozycje ruchowe, pamięci mięśniowej itp. na pewno. Ale ja twierdzę, że to nie talent decyduje o wyniku sportowym, ale praca. Często jest tak, że talent może być przekleństwem sportowca. Zbyt mocno ufając talentowi, zapominamy o pracy. Szybko dochodzimy do pewnych wyników i przestajemy pracować. Wówczas ten drugi, trzeci czy czwarty zawodnik nagle wyskakuje do przodu i  często będzie później niedościgniony, bo wkład jego pracy jest ogromny.

G&R: Kiedy skoncentrowałeś się na tej trójce zawodników?

W.L.: To było 4 lata temu. Kiedy zaczęli się na mnie złościć, że poświęcam im zbyt mało czasu. To jest  pierwszy sygnał, że zawodnik chce się angażować. Wcześniej ja próbowałem ich wyciągać na treningi, mobilizować, ale jakoś nie szło. Potem sytuacja się odwróciła. To był ten moment, w którym się zapaliłem, potem już poszło samo. Mobilizował mnie też Mike O’Brien, bo szybko doszliśmy z zawodnikami do kadry narodowej. Zanim pojawił się Kuba, Filip czy Marysia, wcześniej doszedłem do kadry z Tomkiem Gajewskim, a jeszcze wcześniej z Michałem Karczmarczykiem. To były pierwsze przyczynki, by spojrzeć na golf od strony sportowej. Gdy zobaczyłem klasę tych juniorów, ich zaangażowanie i zamiłowanie do pracy, pasję, ten błysk w oczach, nawet tę sportową złość, to było to, na co czekałem. Teraz przygotowuję już następnych. Mają też błysk w oczach, podobnie ich ojcowie, a nawet mamy!

G&R: Jakbyś skomentował wyniki tej trójki?

W.L.: To wynik pracy. Marysia, Filip, Kuba w swoim swingu stosują teraz pełen automatyzm, to wahadło działa samo. Oni już się nie zastanawiają, jak mają uderzyć piłkę, tylko gdzie ją posłać. Dowodzi temu końcówka Mistrzostw Polski Matchplay, Kuba grał ostatni dołek pełen stresu, bo przecież zremisował, a jednak wykonał fantastyczny drive i długie zagranie z bunkra na green! Widziałem w jego oczach, że on wie, co chce zrobić. Tym bardziej, że jego poprzednik zagrał tak samo, bardzo dobrego drive’a. Wpadli zresztą do tego samego bunkra. Tam zadziałał automatyzm. Widziałem u Kuby, że ma „pełne portki”, a zagrał mimo to znakomicie. To jest nagroda za pracę. Tego się nie zrobi talentem, to trzeba wyćwiczyć, a oni pracują naprawdę bardzo dużo. Jest takie wyliczenie, iż sukces to 30 procent talentu i 70 procent pracy. Jeśli ta proporcja jest inna, grozi to albo pozyskaniem geniusza, albo totalną katastrofą.

G&R: Znany jesteś z wojskowego drylu, czy wykorzystujesz go na treningu?

W.L.: Jak świat światem, wojskowa musztra, porządek od zawsze pomagały w sporcie. Dlatego też tym, który założył pierwszą wyższą szkołę wychowania fizycznego, był nie kto inny jak Józef Piłsudski. Sport i ceremoniał wojskowy cały czas wzajemnie się przeplatają – dyscyplina, porządek, musztra. Dzięki temu idziemy na skróty, mniej dyskutujemy, a więcej pracujemy. Jak ktoś się temu przeciwstawia, to wyznaczam kierunek…. pojedyncze drzewo, odległość 300 metrów, czołganiem przez pełzanie – naprzód (śmiech – przyp. red.). Ale zawsze z wielkim humorem i miłością.

G&R: W jaki sposób zbieracie środki na szkolenie juniorów w Tokarach?

W.L.: Patrząc na wysiłki rodziców, aby doprowadzić naszą kadrę do szkolenia centralnego, a później w nim uczestniczyć, doszedłem do wniosku, że to ogromne obciążenie. Dlatego, po pierwsze, od czołowych reprezentantów kadry nie biorę ani złotówki za lekcje. To jest budowanie mojej renomy, to jest mój marketing. Będą o mnie dobrze mówili, jak zobaczą kogo wytrenowałem, przez to zwiększy mi się liczba uczniów. Po drugie, staram się jak mogę pozyskiwać środki na zakup sprzętu dla zawodników, bo oni muszą mieć sprzęt wyjątkowy i dopasowany: nie ten najtańszy, tylko ten najlepszy z możliwych. A po trzecie, organizuje wyjazdy w celu integrowania się i trenowania. Często zabieram młodzież na treningi zagraniczne w nagrodę za wyniki lub po to, aby dzieciaki mogły trenować. Każdy był ze mną co najmniej raz na takim wyjeździe. Pozyskuję do tego celu sponsorów. Moim znakomitym przyjacielem i sponsorem jest firma Curver. Wspierają nas we wszystkich naszych działaniach, pomagają jak tyko mogą. Kibicują nam również Vistal Golf Club, a nasz Tokary Golf Club zwalnia nas z części opłat i umożliwia bezpłatny trening. Moim marzeniem jest zdobyć pieniądze na wyjazdy krajowe. Przy każdym turnieju są to koszty rzędu 1000-1500 zł, które musi ponieść zawodnik czyli rodzice, a  takich wyjazdów jest około 20 w roku. Prosty rachunek – mało kogo na to stać. A wiem, że nie można zmarnować takich talentów i tej pracy, to byłby grzech i nie mógłbym spać do końca życia.

G&R: Za co najbardziej kochacie golfa?

Filip: Dzięki grze w golfa zwiedziłem wiele krajów, grając na niesamowitych polach golfowych, poznałem ciekawych ludzi z różnych stron świata. W samej grze podoba mi się to, że wynik zależy tylko ode mnie. Mogę liczyć tylko na siebie, a za to, czy wygram zawody, czy będę drugi, czy skoczę na dalszym miejscu, mogę obwiniać tylko siebie. Całe szczęście, zawody golfowe są kilkudniowe i jedna słabsza runda niczego nie przesądza – kto wygra lub przegra często rozstrzyga się na ostatnim dołku ostatniego dnia. To super, że w golfa zacząłem grać tak wcześnie i będę mógł grać całe moje życie.

Kuba: Lubię golf za to, że jest to dyscyplina głównie indywidualna, polegam tylko na sobie, a nie na kimś innym. Od dziecka uprawiałem wiele dyscyplin sportu, w których odnosiłem jakieś małe sukcesy, ale sukcesy golfowe dawały mi największą satysfakcję.

Marysia: Kocham golfa dlatego, że to nietypowa dyscyplina sportu. Od momentu kiedy dostałam się do kadry narodowej, postanowiłam poświęcić trochę więcej czasu na tą dyscyplinę. Uznałam, że warto, skoro nawet ludzie z kadr zainteresowali się dziewczyną z małej wsi i zauważyli w niej talent.

“Golf&Roll” nr 2/2015

[fot]fot. strzalynafairwayu[/fot]

PODZIEL SIĘ
Poprzedni artykułKibice wybiorą, kto zagra w turnieju
Następny artykułCzy golfowe szóstki się przyjmą? Nowy format gry w European Tour
avatar
Z "Golf&Rollem" związana od zawsze. Swoją karierę w polskim golfie zaczynała jako starter na turniejach golfowych, szybko jednak porzuciła to zajęcie, by zająć się bardziej ambitnymi zadaniami. Sentyment jednak pozostał i swoje pasje realizuje teraz hobbistycznie! Była redaktor naczelna pisma, teraz organizator turniejów. Kobieta-wulkan, co żadnej pracy się nie boi.