Magia wysp

Nie zawsze lubię rozmawiać o golfie. Czasami wolałbym, żeby moi przyjaciele nie grali w golfa i żebyśmy mogli rozmawiać wieczorami na inne tematy. Jest taki dowcip: zapytano żonę golfisty, czy woli, aby jej mąż grał w sobotnie poranki w golfa, czy żeby ją zdradził? Szybko odpowiedziała: „Wolę, żeby mnie zdradzi – nie będzie wówczas opowiadał wieczorem, co też takiego wydarzyło się w ciągu dnia!”

Golfiści są przekonani, że cokolwiek przytrafiło im się danego dnia na polu jest absolutnie niesłychane, a w dodatku przytrafiło się to tylko im! Po każdej rundzie w klubowym barze każdy ma do opowiedzenia niewiarygodną i unikalną historię, którą trzeba podzielić się z każdym, kto tylko się nawinie. Najokrutniejsze historie to te, zaczynające się uderzeniem na pierwszym tee i ciągnące się przez kolejne dołki…

Mimo to raz na jakiś czas zdarza się, że golfowe opowieści brzmią magicznie. Tak jak tej nocy podczas późnej kolacji w restauracji w Las Palmas, kiedy grupka facetów zwierzała się sobie nawzajem. Odwiedzałem Gran Canarię z ramienia hiszpańskiego PGA, które organizowało szkolenie dla lokalnych pro. Moimi towarzyszami tego wieczoru byli: Flavio, były gracz European Tour, który dorastał w argentyńskiej Cordobie,  José Vicente, syn założyciela PGA of Spain oraz Octavio, Kanaryjczyk, syn jednego z pierwszych tutejszych trenerów golfa. Dzieliliśmy razem 120 lat doświadczenia, 30 przypadało na każdego z nas…

Wino było wyśmienite i rozgrzewało nas do rozmów o „starych dobrych czasach”: czasach sprzed ery internetu i kamer video. Czasach, kiedy nie wszystko było na sprzedaż, a golfiści byli raczej doceniani za geniusz i odwagę niż za „poprawny swing”. Pierwszym kijem Octavio było jakieś narzędzie ogrodnicze, odpowiednio nagięte z kawałkiem gumowego węża naciągniętego na uchwyt dla uniknięcia otarć… Ojciec przynosił czasem używane piłki z pola golfowego, na którym pracował. Octavio i jego bracia nie mogli na nim grać więc dzieci musiały użyć wyobraźni. Zaczęły grać w wyłożonym kamieniami i ziemią ogródku, ćwicząc pitching spomiędzy wykopanych na pagórku rowów. Zanim wynaleziono Nintendo Wii, w trakcie deszczowych dni, chłopcy rozwieszali prześcieradło na drzwiach domowego salonu i uderzali w nie 7 iron, do czasu aż powybijali okna. Tak skończyła się ich zabawa w golfa w domu.

Flavio opowiedział nam historię o tym, jak został przyjęty przez caddie-weteranów. Jeden z nich zapytał chłopca kiedyś, czy ten chciałbym pograć: „Oczywiście!” odpowiedział Flavio, „ale jako caddie nie możemy grać w Villa Allende”. „Przyjdź o 9 wieczorem” usłyszał. „Ale o 9 jest już ciemno!”. „Przyjdź” powiedział caddie. Flavio usłuchał i o 9 wieczorem wraz z 25 innymi caddie przemknęli na obrzeże pola oświetlone przez sąsiadujący stadion futbolowy. Przez trzy następne godziny, dopóki na stadionie trwał mecz i treningi, caddie ćwiczyli chipy. Wśród nich Angel Cabrera.

Okazało się, że każdy z nas siedzących tej nocy przy stole restauracyjnym w Las Palmas, grał niegdyś przy świetle pełnego księżyca. Do dziś uważam, że puttuję lepiej w ciemności, kiedy ledwo co widzę dołek, a nierówności greenu wyczuwam tylko stopami.

Tego wieczoru nie rozmawialiśmy o PGA, które w moim mniemaniu przypomina związek zawodowy: wspieranie członkostwa, walka o lepsze warunki, nagrody, usługi etc. Nie dlatego zakochaliśmy się w golfie. Golf to nie tylko marketing czy popularyzacja gry. Osobiście nie interesuje mnie, ile osób gra w golfa, nie zamierzam przekonywać nikogo do gry, tylko dlatego, że chciałbym częściej uczyć albo sprzedać kije czy greenfee…

Dorastałem grając starymi kijami mojego dziadka. Pod koniec lat 80. nowy komplet ironów czy woodów był poza zasięgiem większości juniorów. Nigdy nie zapomnę mojego zestawu: X31 Wilson Staffs. Słodkie, soczyste i… ciężkie jak diabli. Nie wiem, co myślałbym o nich teraz. Niestety wyrosłem z tych kijów po dwóch latach i kiedy jeden z asystentów pro podarował mi swój nieużywany już zestaw rozpłakałem się ze szczęścia. Dziś w Polsce nie znalazłbym juniora czy caddie, który chciałby moje używane kije.

Po drugiej butelce wina staliśmy się jeszcze bardziej nostalgiczni. Gdy dorastaliśmy nasi idole byli chodzącymi LEGENDAMI. Nicklaus, Palmer, Player, Watson, Trevino… mógłbym dalej wymieniać. Każdy z nich, używając dzisiejszych standardów, miał osobliwy swing. Każdy z nich grał we właściwy sobie sposób. To było zanim lekarze, psychologowie, eksperci i autorytety zrzucili na nas lawinę informacji typu: który swing, co myśleć, jak chodzić, co jeść… Dzisiejsi golfiści przekonani są, że „więcej” znaczy „lepiej”, co odzwierciedla nasze konsumpcyjne zapędy. Tymczasem 50 lat temu najlepszą radą było: „głody pies poluje najlepiej” (Lee Trevino).

Golf w ostatnich 30 latach bardzo się skomplikował, głównie po to, by lepiej się sprzedać. Sprzedać więcej sprzętu (dalej lecących piłek, high-tech driverów – na wypadek gdybyś nie potrafił uderzyć prostego drive’a normalnym kijem), sprzedać więcej magazynów, książek, nagrań, czasu telewizyjnego etc. Zdrowy rozsądek powoli zamiera. Ileż to ostatnio napisano książek o „pewności siebie”? „Myśl jak czempion i będziesz grał jak czempion”. Najlepszym komentarzem, jaki kiedykolwiek słyszałem na temat pewności siebie, był ten wypowiedziany przez Watsona: „Pewność siebie przychodzi wraz z dobrą grą. Jeśli uderzasz czysto i prosto, czujesz się pewnie. Ale kiedy pudłujesz każdego putta z odległości 4 stóp, to jak masz pozostać pewnym siebie, stojąc nad kolejnym takim puttem?”

Jose Vincente przypomniał nam o istocie pre-shot routine A TAKŻE o post-shot routine. Przez dobrych 10 minut żartował na temat 47 podstawowych elementów gry przed oddaniem strzału, bez których nigdy nie będziesz dobrym golfistą. Czasy „popatrz i uderz” minęły. Teraz biedni amatorzy, idąc śladem podpatrywanych w telewizji graczy potrzebują 50 sekund (lub więcej) na oddanie strzału, a później zastanawiają się, dlaczego runda trwa 5,5 do 6,5 godzin!

Jestem wdzięczny tym zagubionym w czasie wyspom, na których spotkało się kilku oldshoolowych golfistów. Dziękuję za te rozmowy, za przypomnienie mi, dlaczego zacząłem grać w golfa i że znów poczułem się jak chłopiec. Gracias compañeros!

fot. Archiwum Petera Bronsona

Tłum. Karolina Gembara