Indian story

W moim nowiuteńkim wydaniu Lonely Planet – India, który kartkuję na lotnisku w Istambule, znajduję 3 pola golfowe. Odnalezienie całej reszty będzie niełatwym zadaniem. Mam co prawda opanowane negocjacje z rykszarzami, ale ryksze na pola w Indiach nie dojeżdżają. Niezbędny może okazać się najnowszy model Tata Safari. I żywy przewodnik. Ze wszystkich tych „niezbędników” związanych z golfem w Indiach na szczęście stać mnie przynajmniej na green fee.

Na tee do sukcesu

Opisanie golfowych wrażeń w kraju, który jak dotąd był dla mnie jedynie celem improwizowanych wypraw, miejscem szalonej pracy i wakacyjnych przygód, wydawało się zadaniem niemożliwym. Obserwując codzienną biedę i trud jaki ponoszą mieszkańcy, by przeżyć kolejny dzień, nie sposób oprzeć się wrażeniu, że temat pół golfowych jest tu „niestosowny”. Ich budowa to dla indyjskich enwiromentalistów i lewicowych aktywistów przedmiot krytyki – tego typu inwestycje „połykają” ogromne ilości wody. Mówimy przecież o kraju, gdzie zasoby wody są ubogie a gospodarka wodna jest jedną z najbardziej drażliwych kwestii. Niektóre pola z kolei generują ogromne koszty utrzymania.

Mimo tych kontrowersji zanosi się na to, że ambitni Indusi zaczną wkrótce rozdawać karty w tej dyscyplinie. Już teraz mogą pochwalić się sporymi sukcesami: 3 indyjskich golfistów gra w PGA Tour, 6 na European Tour, a 15 ma karty Asian Tour. Pula nagród na krajowym tourze PGTI (odpowiednik PGA Polska) wyniosła w ubiegłym sezonie ponad 2 miliony dolarów. W lutym Indie gościły Avantha Masters z cyklu EPGA, gdzie do podziału, dzięki rodzimym sponsorom, było 1,5 miliona dolarów. Każdego dnia w centrum Delhi na rundę zapisuje się 400 graczy. To tylko liczby.

Ale chodzi jeszcze o mentalność. Indyjska skłonność do wynoszenia swoich sportowych bohaterów na piedestały uczyniła gwiazdy z tenisistki Sonii Mirzy czy czczonego jak kraj długi i szeroki Sechina Tendulkara, prawdopodobnie najbardziej zasłużonego krykiecisty w historii. Niebawem i Jyoti Randhava i Shiv Kapur staną się obiektami kultu, za którymi podążą ambitni juniorzy.

Oczywiście jak w przypadku każdego zjawiska w Indiach należy pamiętać o magicznych proporcjach. – Juniorów jest mało – mówi Romit Bose, jeden z trenerów. – To znaczy ilu?  – dopytuję – około 3,5 tysięcy. Jak na miliard mieszkańców to rzeczywiście mało. – Przeszkodą w dostępie do pól jest np. brak zasad co do green fee, jakie mają płacić. To dla wielu sport poza zasięgiem, za drogi. Najczęściej młodzież trafia na pole po prostu przez rodziców – dodaje Romit. Ale jak widać taka liczba wystarczy, by wyłowić perełki: 18-letni Rashid Khan wygrał w zeszłym roku zimową edycję Faldo Series.

Mocne wrażenia poczynając od Delhi

Musiałam wyglądać na lekko zagubioną, skoro ten jedyny w promieniu 50 km biały człowiek podszedł do mnie i zapytał czy gram w golfa? Rzeczywiście czułam się przytłoczona otaczającym mnie luksusem pola oraz manierami i elegancją gości, które w kraju milionów bezdomnych zaskakują z podwójną siłą. – Trochę – przyznałam i zaraz dodałam, że piszę artykuł o  golfie w Indiach. – No to przygotuj się na mocne wrażenia – ostrzegł uśmiechając się pod nosem.

Tym człowiekiem, który jeszcze nie raz uraczył mnie dobrymi radami okazał się David Range, Amerykanin, który nieprzypadkowo wybrał Delhi, by oddać się miłości do golfa. Stolica ma bowiem wiele do zaoferowania fanom zielonego sportu: 5 pełnowymiarowych wysokiej klasy pól i kilka mniejszych 9 i 6 dołkowych nie licząc oczywiście trzech niedostępnych szaremu golfiście pól należących do indyjskiej armii (!), na które wstęp, jak to w przypadku obiektów militarnych – wzbroniony! David jest szczęśliwym członkiem prywatnego Delhi Golf Club, uważanym za jedno z najlepszych w całym kraju.

W sumie pól jest tu około 50, co jak na tak ogromną powierzchnię i liczbę mieszkańców nie jest liczbą imponującą. Zdecydowana większość tych obiektów utrzymana jest na dobrym poziomie, jaki golfiści znają z Europy. Jednak zawsze znajdą się jakieś „ale” lub drobne smaczki, które uczynią wizytę na polu niezapomnianą.

Którędy na pole?

To, co na początku wydaje się „smaczkiem” nie do przełknięcia jest logistyka. Dopóki podróżujesz po Indiach z plecakiem i zakładasz, że przydarzy ci się wszystko, co kryje się pod podstępnym hasłem „Incredible India”, dajesz radę. Gorzej jeśli masz tee time o 6.55 i chcesz dotrzeć na pole w miarę przyzwoicie wyglądającym odzieniu. Musisz się wówczas zdać na lokalnego taksówkarza, który przyjedzie a) za późno (często), b) za wcześnie (bardzo rzadko), c) bez tylnej szyby samochodu (raz). Na dodatek nie będzie miał pojęcia, gdzie jedzie choć zapewni, że jest inaczej. Lokalni mieszkańcy też niestety nie pomogą. W przypadku Delhi dojazd do niektórych pól jest nieoznaczonym labiryntem w połowie jedynie utwardzonej drogi, którą nierzadko tarasuje wielbłąd ciągnący wóz z sianem (jeśli ktoś narzeka na dojazd do Rajszewa – niech przestanie). Lepiej wygląda to w przypadku małych, luksusowych, wakacyjnych ośrodków lub pól budowanych w XIX wieku – wówczas na obrzeżach, dziś niemal w centrum.

Innym istotnym problemem może być kwestia zakwaterowania. Albo zatrzymamy się na polu w przyległym hotelu lub królewskich namiotach i zapłacimy za standard niezbędny maharadży, albo zamieszkamy w odległym o godzinę drogi Radissonie lub Hayat’cie i dodatkowo zapłacimy za codzienną przyjemność z szaloną taksówką, albo znajdziemy całkiem tani i przyjemny hotel i nasze obcowanie z ruchem drogowym wydłuży się do 4 godzin dziennie. Mimo kilku miesięcy spędzonych w Indiach nie znalazłam rozwiązania dla tego mieszkalno-transportowego problemu więc należy się chyba do niego przyzwyczaić lub rozważyć samodzielne prowadzenie samochodu (wersja ekstremalna – na drodze do tee trzeba będzie zmierzyć się z ciężarówkami, motorami, rowerami, krowami, pieszymi i pozostałymi samochodami).

 Takie rzeczy tylko w Indiach

Siedząc w eleganckim domku klubowym i mimowolnie nasłuchując odgłosów spożywanych posiłków czy też tzw. czyszczenia gardła zdałam sobie sprawę iż nawet tak uniwersalne pod względem wartości i zasad miejsce jak pole golfowe musi nasiąkać kolorytem kraju w jakim się znajduje. Jednym z turystycznych haseł Indii jest „kraj kontrastów” i wydaje się, że znajduje to swoje potwierdzenie także w tutejszym golfie. Z jednej strony człowiek, który nie wypuści z szatni nikogo zanim nie wypoleruje jego butów do błysku, jakiego te buty nigdy wcześniej nie zaznały, z drugiej obsługa driving range, która siedząc pod drzewem w najmodniejszych dżinsach ręcznie odlicza piłki do twojego koszyka. Najbiedniejsi obywatele kraju zarabiają na tyle mało, że opłaca się zatrudnić ich do najbardziej kuriozalnych prac. Na wielu polach czyszczeniem greenów, naprawianiem pitchmarków czy tez wyrywaniem chwastów trudnią się kobiety, które w kuckach spędzają większość swego dnia. W Delhi, o określonych porach dnia na driving range pojawiają się najlepsi pro, by uderzać swoje piłki. Specjalnie dla nich czyszczona jest strzelnica, a ich caddie rozstawieni w linii wyłapują piłki swoich szefów. Przykłady można by mnożyć…

Inną ciekawostką jest wszędobylska fauna. Nikogo nie dziwi przechadzający się w poprzek fairway’a „tresowany” jeleń dokarmiany przez obsługę klubu, dumne pawie a czasem lisy. W oddalonym od Gurgaon o jakieś 20 km Classic Golf Resort nocną ciszę zakłóca wycie dzikich psów. Nie bez znaczenia jest to fakt dla tych, którzy wybrali tutejsze luksusowe namioty na nocleg. Prowadząc do jednej z tych lnianych komnat Arjun, pracownik pola zapewnia, że specjalne rozpraszane zapachy odstraszają zarówno dzikie psy, jak i… skorpiony, węże, pająki i jaszczurki. Z kolei za dnia niemal każde pole zamienia się w raj dla obserwatorów ptaków – patrząc na długonogie flamingi można w ogóle zapomnieć, że przyjechało się tu uderzać jakąś piłeczkę.

Podróż w czasie, na którą cię stać 

Przekroczenie bram pola golfowego w Indiach jest równoznaczne z podróżą w czasie i w przestrzeni. Głównie ze względu na kontrast wobec manier i krajobrazu, jaki pozostawiamy za sobą i tego, że pola zaprojektowane i zbudowane przez Brytyjczyków nadal tchną kolonialnym przepychem. Na średniej klasy polu green fee wyniesie nas około 20-30 dolarów. – W Polsce golf pozostaje poza zasięgiem przeciętnego człowieka – denerwował się Kapil Kathpalia, którego spotkaliśmy w Delhi Golf Club  i który spędził w naszym kraju kilka lat. – U was green fee jest za bardzo wygórowane jak na stan czy lokalizację danego obiektu. W Indiach na najlepszych i najbardziej prestiżowych polach trzeba czasem zapłacić 60 dolarów, przecież to tyle samo co w Binowie!

Jeśli pole jest prywatne (w stolicy są to dwa najlepsze pola), o ile ktoś nas na rundkę nie zaprosi, o grze możemy pomarzyć. Albo ubiegać się o członkostwo (np. na DLF, gdzie rozgrywała się Avantha Masters będziemy potrzebować nie tylko 10 tys złotych rocznie, ale i dowodu zamieszkania w nieruchomościach wybudowanych przez spółkę DLF i rekomendacji, w innych starych klubach jak Royal Kalkuta GC – czekać aż, któryś ze starszych członków po prostu umrze).

Jeśli jesteśmy szczęśliwcami wciągniętymi na listę tee time błyskawicznie zjawia się caddie, który od tej pory nie spuści oka z naszej torby i będzie trzymał się dwa kroki z tyłu, gotowy w każdej chwili wyruszyć w pole. – Czy czegoś brakowało panu w Polsce? – pytam Kapila – tak, mojego caddiego – odpowiedział krótko. Rzeczywiście łatwo przyzwyczaić się oddanej i skupionej miny indyjskiego caddiego. I radości, jaka towarzyszy każdemu naszemu dobremu zagraniu. I pewności z jaką radził Peterowi Bronsonowi w trakcie rundy na Golden Greens: – Not right, not left, straight!

Caddie w Indiach to dorośli mężczyźni, rzadko dzieci, niekiedy miejscowi początkujący pro. W cenie jest doświadczenie. Za garść dobrych rad i tak nie zapłacimy majątku – 300 rupii wliczając napiwek to niecałe 20 złotych. Niewiele zapłacimy także za lekcję z pro. Najdroższy i najbardziej doświadczony pro w Kalkucie weźmie od nas niecałe 90 złotych. Mniej znani instruktorzy kosztują nierzadko tyle, co caddie.

Większe pieniądze można stracić na zakładach. To rzecz numer 2, której brakowało Kapilowi: – W Polsce golf może być dość beznamiętny, jakąś rozrywką są turnieje klubowe. W Indiach wszyscy się zakładają – mówi. I rzeczywiście coś w tym jest – pierwsza runda z nieznajomymi golfistami w Delhi, dzięki niewinnemu hazardowi przerodziła się w pełne żartów i śmiesznych sprzeczek popołudnie. – Golfiści w Polsce są dużo bardziej uprzejmi, ale Indusi, po tym jak ich troszkę lepiej poznasz, są z kolei bardziej przyjaźni – dodaje Kapil.

Do końca dnia jeszcze na wszystko będzie nas stać. Nawet na przepyszny lunch w klubowej restauracji. Największym wydatkiem okaże się taksówka, której kierowca postawi sobie za punkt honoru zdarcie z nas ostatnich rupii.

Członkiem być!

Punktem honoru jest także dla mieszkańca subkontynentu poinformowanie przybysza o zasługach swojego kraju. Także w golfie. Dzięki temu wiem, że pierwszy klub golfowy w Kalkucie, a jednocześnie drugi poza Wielką Brytanią, powstał już w 1829 roku, na pięć lat przed Royal & Ancient Golf Club w St. Andrews, 22 lata przed pojawieniem się pierwszego zawodowego gracza w osobie Willie Parka i 19 lat  przed wyprodukowaniem piłek z gutaperki!

Rozmiłowani w golfie Brytyjczycy nie chcąc pozbawiać się ulubionej rozrywki z dala od domu, zakładali w kolonii kolejne pola: na południu w Mumbaju (wówczas Bombaju), Bangalore, Chennai (dawnym Madrasie) oraz na północy kraju: w Shillong, Srinagar i Gulmarg. W 1892 roku zorganizowano pierwsze All-India Amateur Championship, co czyni mistrzostwa drugim po The Open najstarszym turniejem golfowym na świecie. Przez niemal 50 lat dominowali w nim Brytyjczycy. Dopiero w 1949 roku Mohinder Bal odniósł historyczne zwycięstwo nad Wyspiarzem DJ Paytonem (8&7).

Dzięki „kolonialnej”, snobistycznej atmosferze, która rozciąga się od domku dla caddych po szatnię i domek klubowy, gracz w Indiach utwierdza się w przekonaniu, że golf, to sport dla wybranych. Na ile jest to specyfika owej kolonialnej spuścizny, a na ile efekt kontrastu z przeciętnym poziomem życia w Indiach – trudno powiedzieć. Do klubów zawsze należeli członkowie najbogatszych rodów, dziś powiększający się krąg majętnych osób wypełnia każdy nowo powstający klub. 2 tys. członków to na największych polach obecnie norma. Przez developerów Indie zostały już „stargetowane” jako rozwijający się rynek golfowy więc te liczby będą rosnąc. Co prawda Play Golfa tu jeszcze nikt nie wymyślił, ale być może indyjski golf już wkrótce zacznie zrzucać otoczkę niedostępności.

Na przykładzie stołecznego Delhi Golf Club łatwo zrozumieć rolę, jaką wciąż jeszcze odgrywa golf w bogatych miejskich kręgach. Powstał on w 1931 roku i obecnie, po latach rozbudowy stolicy, leży niemal w sercu wielkiej metropolii. Dzisiejsi najstarsi członkowie klubu mają po 80 lat i wcale nie są oni pierwszym pokoleniem delhijskich golfistów. Do klubu należą całe rodziny co nie oznacza, że wszyscy grają w golfa. Członkostwo zapewnia rozrywkę, basen, siłownię, zniżki w restauracji i wspólne niedzielne brunch’e.

Wszystko kręci się więc wokół towarzyskich funkcji klubu. Ale samo pole „niedzielne” wcale nie jest – choć piękne, zadbane i niepowtarzalne (na niemal każdym tee znajduje się średniowieczny grobowiec) pozostaje wymagające. – Albo jesteś na fairway’u albo w dżungli w katakumbach – śmieje się Amit Luthra, jeden z najlepszych amatorów w kraju i opowiada o kłopotach Erniego Elsa, który kiedyś na ostatnim dołku zrobił quadrouple bogey i przegrał turniej.

Coś nowego, coś oryginalnego, coś do zabawy…

 Powstające dziś pola nie mają aż tyle do zaoferowania swoim członkom, ale przyciągają też inną klientelę. Biznesmeni, cudzoziemcy, nowa klasa średnia i powoli – turyści. Nie znajdziecie tu jednak jeszcze wielu ofert golfowych wakacji jak w pobliskich golfowych rajach: w Tajlandii czy na Mauritiusie. I chociaż „rajskości” nie można odmówić dawnej prowincji portugalskiej – Goa  to tutejsze oferty golfowe są… rozwojowe. 3, 9 i 12-dołkowe pola dla początkującego to i tak aż nadto.  I tak nie można się skupić, bo widoki na plaże z pola par-3 przy Ramada Hotel skutecznie odwracają uwagę od gry. Zresztą hotele przy których znajdują się tutejsze pola to najdroższe opcje noclegowe, dlatego choć green fee nie jest wygórowane, nie jest to frajda dla każdego.

Nie brakuje w Indiach prawdziwie luksusowych pól takich jak oddalone o 100 km od Mumbaju Aamby Valley. Leżące w samym sercu „dream city”, pierwszego zaplanowanego, idealnego miasta jest w zasadzie dodatkiem do innych atrakcji oferowanych mieszkańcom: centrów sportowych, sklepów, spa czy własnych gór i jezior. Aamby Valley jest  de facto polem „domowym”, dostępnym od bladego świtu do późnej nocy. Tak, tak, to pole usiane tysiącwatowymi reflektorami.

Ale kto by chciał spędzać czas w kolejnym golfowym resorcie? Golfiści to przecież ludzie żądni przygody i wrażeń i to dla nich właśnie powstały pola w Indiach. Np. położone na wysokości 3,730 metrów nad poziomem morza pole w Gulmarg w Kaszmirze, gdzie, jeśli już pokonamy chorobę wysokościową i przyswoimy fakt, że jesteśmy na spornym obszarze wojennym, możemy cieszyć się znośnymi jak na Indie temperaturami i ośnieżonymi szczytami Himalajów. Albo Agra. Tu można upiec dwie pieczenie na jednym ogniu – zamiast przeciskać się w tłumie turystów do grobowca Tadż Mahal, można opłacić green fee w Agra Golf Club i między jednym puttem a drugim podziwiać marmurowy monument z daleka.

W centrum industrialnego Gurgaon położony jest DLF GC, który po raz trzeci z rzędu został uhonorowany tytułem Asian Golf Monthly Award dla najlepszego pola w Indiach. Niemal pedantycznie utrzymane pole, gdzie żadna sadzonka nie jest przypadkowa, a stada najróżniejszych ptaków przelatują niczym na zamówienie, cieszy się ogromną popularnością. Przeciętny golfista może jednak pomarzyć o grze na nim. – Mamy blisko 2 tys. członków – mówi dyrektor obiektu Aakash Ohri – przy czym kategoria standardowego członkostwa została zamknięta już w 2007 roku. Taki sukces zaskakuje tym bardziej, że DLF ani się nie reklamuje, ani nie ma oficjalnej polityki sprzedaży. Sponsoruje natomiast wiele wydarzeń sportowych i promuje się jako mecenas golfowego „bractwa”.

Szukający relaksu pracownicy okolicznych korporacji i juniorzy, którzy tylko wieczorem znajdują czas na golfa, tłoczą się na tee i driving range. W zimie, między grudniem a marcem, kiedy zmrok zapada mniej więcej o szóstej, włączane jest sztuczne oświetlenie. Dopytuję uporczywie ile zer widnieje na rachunku za prąd, ale nikt nie chce tego zdradzić.

Kiedy o 22.00 reflektory gasną, żegnam się z Radhiką Mehtą, która oprowadziła mnie po polu i zaczynam nerwowo rozglądać za czekającym na mnie cały dzień taksówkarzem. – Mam nadzieję, że nie dostał od ciebie zaliczki, inaczej już go nie zobaczysz – śmieje się Radhika. Jest! Triple bogey’e odchodzą w niepamięć, ważne, że trafię dziś do hotelu.

“Golf&Roll” nr 1/2010

fot. Golf&Roll/strzalynafairwayu.pl

PODZIEL SIĘ
Poprzedni artykułPrzepraszam, nie potrzebuje pan caddie?
Następny artykułBubba – łza się w oku kręci
avatar
Jej konik to fotografia. Jest najzdolniejszym fotografem golfowym w Polsce. Robi zdjęcia na turniejach golfowych nie tylko w kraju, lecz również za granicą. Miała okazję współpracować z zawodowymi ligami takimi jak Challenge Tour czy EPD Tour. Jest autorką wielu z naszych dedykowanych sesji. Jej zdjęcia można obejrzeć na www.strzalynafairwayu.pl.