Dream City

Przyjmując pracę fotoreportera podczas Golf Premiere League „gdzieś koło Bombaju”, byłam przekonana, że główną atrakcją tygodnia będzie możliwość zobaczenia Darrena Clarke’a czy Angela Cabrery. Kiedy jednak po dotarciu na miejsce moim oczom ukazały się dwa złote łuki triumfalne, zaczęłam podejrzewać, że się mylę.

GPL to unikalny format, który powstał, by wesprzeć organizacje charytatywne w Indiach. Jak to zrobić? Formuje się osiem czteroosobowych drużyn, z których każda składa się z: jednej gwiazdy międzynarodowej, jednego gracza indyjskiego grającego na światowych tourach, jednego golfisty z Asian Tour oraz lokalnej gwiazdy z Professional Golf Tour of India. Każda z drużyn przybiera sobie nazwę związaną z regionem subkontynentu, np. Uttarakhand Lions, a sponsor danego teamu zaopatrza graczy w logo, flagę, koszulki i inne rozpoznawalne z daleka gadżety. 25 tysięcy dolarów, które spływa na konto wybranej fundacji, to oczywiście nic w porównaniu z wynagrodzeniem, jakie zdobywa zwycięska drużyna. Mamy więc do czynienia z wariacją turnieju zawodowego, ale przy okazji na jednym ruszcie palą się także inne pieczenie. Sponsorzy i media dwoją się i troją, by uszczknąć dla siebie jak najwięcej: wywiady, zdjęcia, uściski dłoni, kontrakty. A golfiści też mają dobrą zabawę, bo za samą obecność traktowani są jak sułtani. Win-win.

 Bajeczne Aamby

Wydawać by się mogło, że zyskuje na tym również pole golfowe: ten przygotowany przez organizatorów marketingowy majstersztyk rozsławiłby każde 18 dołków. Ale Aamby Valley City, gdzie rozgrywały się zawody, było gwiazdą równorzędną swoim najbardziej znanym gościom.

Trzeba zacząć od tego, że to miejsce „gdzieś koło Bombaju” (w odległości 120 km od metropolii) to o wiele więcej niż kompleks golfowy. To miasto. I w dodatku sztuczne, a więc zaplanowane, rozrysowane i zbudowane od zera na przepięknym dziewiczym terenie o wyjątkowo łagodnym klimacie (za co w Indiach płaci się wyjątkowo słono). Aamby wzięło się od amba, czyli drzew mangowca, które pokrywały niegdyś dolinę jak żółto-zielony dywan. Na pierwszy rzut oka widać jak karkołomnym zadaniem było zbudowanie tutaj czegokolwiek: prawie pięć tysięcy hektarów ziemi otoczonej łańcuchem górskim Sahyādri. Skalisty, zalesiony teren, zamieszkały przez ponad 800 gatunków zwierząt (z czego prawie połowa to gatunki zagrożone wyginięciem) i 5 tys. roślin w innej części świata byłby parkiem narodowym – w Indiach ma jednak prywatnego właściciela. Jest nim jeden z najbogatszych i najbardziej wpływowych ludzi subkontynentu: Subrata Roy Sahara, sponsor m.in. narodowej reprezentacji krykieta oraz Formuły1.

Imponujące 18 dołków z widokami zapierającymi dech w piersiach ma 6,5 km długości. Pierwsza dziewiątka wije się wzdłuż niegdysiejszych koryt wodnych, druga poprzecinana jest licznymi jeziorami. Całe pole naszpikowane jest ogromnymi latarniami, co umożliwia grę po zmroku. Do tego angielski w stylu Legends Bar oraz certyfikowana przez PGA akademia, na trening w której skusił się nawet Clarke. Manager pola tak poważnie potraktował fotografkę z Polski, że przydzielił jej asystenta, który miał obwozić po polu oraz doradził, aby wejść na dach domku klubowego, by zrobić jeszcze lepsze ujęcia.

Golf Premier League trwał 4 dni, podczas których Simon Dyson, Daniel Chopra, Shiv Kapur, Michael Campbell, Johan Edfors, Scott Hend, Thaworn Wiratchant, Rich Beem, Chapchai Nirat, Scott Barr, Jarmo Sandelin oraz wspomniani Clarke i Cabrera dawali popis zawodowej gry. Po rundzie na wszystkich gości czekały dodatkowe atrakcje: rejs statkiem pirackim do ekskluzywnej restauracji, kolacja w lagunie, dyskoteka na wyspie plemienia Naga (transport tylko flotą motorową), koncerty, pokazy sztucznych ogni, skoki spadochroniarzy, spektakl wodny (z wyskakującym z jeziora hologramem pana Sahary), open bar, open restaurant, open academy itd.

W miarę upływu dni poznawaliśmy Aamby Valley City i jego nieprawdopodobne zakątki. Jak można się domyślić, w miasteczku żyją sami krezusi: albo już nie pracują i rozkoszują się luksusem i naturą, albo latają helikopterami do Bombaju doglądać swego majątku. Jest ich około 2000 tysięcy, ale wielu z nich traktuje owo miejsce jako kurort, do którego wpadają lub gdzie posiadają jedną z licznych posiadłości.

 Pod czujnym okiem kamer

Do wyboru w Aamby jest kilka osiedli: ville w stylu Tudorów, domki z drewnianych bali (w stylu hiszpańskim, birmańskim czy australijskim) i 5-gwiazdkowe hotele dla gości. Każdy zespół domów jest usytuowany tak, by jego mieszkańcy cieszyli się albo niesamowitym widokiem na dolinę, albo szumem fal jeziora albo ptasim śpiewem. Każdy ma też swoją recepcję, zastęp sprzątaczy, kierowców, kucharzy i dozorców.

Infrastruktura, jaką zbudowano dla garstki mieszkańców jest równie imponująca co egzotyczna. Nigdzie indziej w Indiach nie widziałam tak pięknie wyprofilowanych i… pustych dróg! Dwupasmowe asfaltówki, ronda i światła, a ruch niemal zerowy. Czysta przyjemność. Mówiąc o komunikacji, trzeba dodać, że „internet jest wszędzie”, tak samo jako telecom.

Zastanawiałam się przez chwilę, jak Aamby radzi sobie z nagłymi przypadkami, helikopter nie zawsze przecież zdąży, a do największych miast jak Pune czy Bombaj jedzie się co najmniej 2,5 godziny. Otóż city ma swój własny szpital wyposażony w światowej klasy sprzęty, całodobowe pogotowie i najlepszych lekarzy. Spać spokojnie pozwala także stacjonująca w dolinie specjalna brygada straży pożarnej. Mówiąc o bezpieczeństwie, nie sposób nie wspomnieć o ochronie. Ale ten aspekt jest akurat dość kontrowersyjny. Wydawać by się mogło, że w tak sielankowej scenerii, na łonie ucywilizowanej gdzieniegdzie natury, jedyne czego można się obawiać to atak mrówek, ale miasteczko jest wręcz naszpikowane kamerami i ochroniarzami. Czy to dlatego, iż mieszkają w nim sami bogacze? Nie sądzę, aby akurat trzymali swoje miliony w górskich apartamentach, ponadto wszyscy się tu znają i o przestępstwa znacznie łatwiej w milionowych anonimowych metropoliach niż w tej indyjskiej luksusowej wersji „alpejskiej wioski”, jednak funkcjonujący tam system bezpieczeństwa świadczy o lekkiej paranoi. Aamby otoczone jest z każdej strony murem pod napięciem, w każdej z czterech wielkich bram wjazdowych ochroniarze dokładnie przepytują przybyszów (spontaniczna wizyta osoby z zewnątrz jest oczywiście niemożliwa), a strona internetowa miasta donosi, że „system skanuje informacje o stanie bezpieczeństwa co sekundę z każdego miejsca Aamby Valley…” Dopiero teraz można by zacząć się bać.

Czy sen pryśnie?

Jedynymi „obcymi” są w city goście, a więc wszyscy przyjezdni wypoczywający w wynajętych bungalowach czy grający w golfa. Od nich trudno oczekiwać jakichś złych zamiarów. Podobnie z setkami jeśli nie tysiącami mieszkańcami lokalnych wiosek, którzy pracują w city przy budowach i obsłudze posiadłości i bez których ta cała machina nie byłaby tak sprawna. Oprócz kilku zamieszkałych przez wieśniaków małych osad, które Aamby wchłonęło, jest to również staff village, w którym mieszkają na co dzień liczni pracownicy: od greenkeeperów, przez kucharzy po trenerów fitness.

Liczne restauracje, baseny, siłownie, kino, stacje benzynowe, sklepy, dyskoteka stoją otworem dla mieszkańców, do tego międzynarodowa szkoła podstawowa i średnia z bogatym i bezstresowym programem rozwijającym potencjał dzieci, usługi typu naprawy, hydraulika, pralnia, a na koniec park survival, gigantyczne huśtawki, szkółka spadochroniarska, laguna ze sztucznymi falami, Ghaty (schodzące do rzeki schody) w stylu Benaresu (tyle że czyste i puste), mini obozowiska z miejscem na ogniska i pikniki, czy okazały most z ruchomymi skrzydłami imitującymi żagle i centrum konferencyjno-hotelowe wraz ze spa. Aamby ma oczywiście także swoje lotnisko dla małych samolotów, wkrótce pas startowy będzie na tyle długi, że będą tam mogły lądować również samoloty pasażerskie. Dotarcie większej grupy ludzi na show tańca na lodzie nie będzie już żadnym problemem.

Wszystko brzmi jak utopia, ale Aamby nie omijają problemy: raz po raz media donoszą o kłopotach finansowych firmy Sahara, a co za tym idzie upadkiem dream city lub kontrowersjami związanymi z budową kolejnych obiektów i brakiem wymaganej dokumentacji. Ale nawet jeśli miałoby to wieścić koniec miasteczka, to i tak pojawią się nowe. Pomysł bowiem chwycił i lokalni potentaci już budują nowe i bardziej okazalsze.

Turniej wygrała niespodziewanie drużyna Darrena Clarke’a, ale on sam, był jedną z wielu atrakcji tamtego tygodnia.

fot. strzalynafairwayu.pl