Andrzej Zawistowski: Golf to był taki kaprys

Sam siebie określa jako człowieka otwartego, szczerego i pozytywnie nastawionego do życia.  Andrzej Zawistowski, pogodny sześćdziesięciodziewięciolatek, założyciel pola golfowego Kalinowe Pola ukrywa więcej tajemnic niż sam Gray. Zresztą Gray pokazał wszystko, a może nawet więcej. Co odsłoni natomiast maska Andrzeja?

Nie piszą o Tobie na pierwszych stronach  gazet, nie widujemy Ciebie w telewizji, nie jesteś najwyższy w okolicy. Nie jesteś rolnikiem, mimo że masz hektary. Nie jeździsz Bentleyem, a masz pole golfowe. Nawet helikoptera nie masz. A fabrykę w Indiach masz. Urodziłeś się w Warszawie, wiedzę zdobywałeś też w stolicy. To jak wylądowałeś w Świebodzinie, małym miasteczku na zachodzie Polski?

Nie do końca jeśli chodzi o tę wiedzę zdobywaną w Warszawie. Podstawówka w Miliczu – było strasznie. Przejechałem całą na trójach i to z minusem. Skończyłem, bo tata grał w brydża z kadrą nauczycielską. Dopiero katolickie prywatne męskie liceum im. Świętego Augustyna w Warszawie wyprowadziło mnie na ludzi. A ponieważ mama nadal nie do końca wierzyła w moje możliwości dostania się na jakąś renomowaną uczelnię, wysłała mnie do ciotki w Zielonej Górze i tam ukończyłem  Wyższą Szkołę Inżynierską.  Świebodzin? W tamtych czasach była moda na stypendia fundowane, wziąłem takie na ostatnim roku i za karę musiałem przepracować  rok w Eltermie – świebodzińskim zakładzie produkującym piece dla przemysłu. Wtedy zatrudniali 1000 pracowników i większość produkcji szła do ZSRR. To była dla mnie prawdziwa kara. Rwałem się do Warszawy. Teraz, z perspektywy lat, zostanie na Ziemi Lubuskiej uważam za najmądrzejszą decyzję, jaką podjąłem w życiu..

Elterma, zakład, który po latach wykupiłeś. Tak po prostu?

Widzę, że lubisz skróty. Musiało minąć wiele lat. Ja w Eltermie przepracowałem 14. A że zakład nauczył mnie fachu, a Gierek pozwolił poznać świat, postanowiłem pójść na swoje. Związałem się z amerykańską firmą Abar, która produkowała piece próżniowe. Oni produkowali, ja montowałem. Tam, gdzie oni nie lubili jeździć, wysyłali mnie. Pakistan, Jordania, Etiopia, Indie, Chiny itp. Kochałem tę pracę. Zwiedzałem świat i z jednego wyjazdu przywoziłem pensję, na którą w Polsce musiałbym pracować wiele lat. I tak powoli zebrał się kapitał, który pozwolił mi z partnerem uruchomić firmę produkującą specjalistyczne transformatory. Nie przynudzam?

Tak długo, jak będziesz opowiadał, w jaki sposób dojść do pieniędzy na budowę pola golfowego – to nie…

Ok. Wtedy na scenę wkracza amerykańska firma Seco Warvick szukająca partnerów w tej części Europy. I znalazła nas. Dogadaliśmy się. My dawaliśmy fabrykę, oni trochę dolarów i rynki zbytu. Dogadaliśmy się 50 proc na 50 proc. Teraz 100 proc jest nasze. A Eltermę kupiliśmy, bo tak wypadało.

Czy to już wystarczyło na pole golfowe?

Odpowiem tak. Jesteśmy firmą notowaną na warszawskiej giełdzie. Mamy trzy zakłady produkcyjne w Stanach Zjednoczonych, w Indiach i Chinach. Brazylię ostatnio sprzedaliśmy.

Ile trzeba pracować żeby być największym producentem w swojej branży na świecie?

Całe lata, od rana do nocy, jeździć rocznie samochodem po 100 000 km i skończyć z udarem na neurologii. Kosztem rodziny, szczególnie dzieci.

Warto było?

Na to pytanie nie ma odpowiedzi. Firma to moje życie. Teraz jak wiem, że mam godnego następcę, mogę inaczej patrzeć na otaczający mnie świat. Cieszyć się wnukami, w inny sposób planować dzień. Chociaż w firmie jestem codziennie. Krócej i na większym luzie. Robią dobrą kawę. Miło się uśmiechają. Maile też trzeba sprawdzić. Być Prezesem Rady Nadzorczej to nadal obowiązki.

Robi nam się z tego wywiad dla magazynu ekonomicznego, przejdźmy do golfa. Skąd pomysł na pole golfowe?

W latach dziewięćdziesiątych sprawy zawodowe zmuszały mnie do częstych podróży za ocean, a tam wszyscy grają w golfa. Interesy były omawiane na polu. Oni grali, a ja niszczyłem trawnik. I tak się wciągnąłem.

Nie trzeba budować pola, żeby zagrać w golfa, prawda?

Prawda. Myślę, że to był taki kaprys. Chciałem udowodnić, że golf to gra nie tylko dla elit, że jest to sport dla wszystkich. Oczywiście wtedy nie miałem zielonego pojęcia jak duża to inwestycja. Nic nie wiedziałem. Brałem się za pole, jak brali się za fabrykę w „Ziemi Obiecanej”. W konsekwencji budżet przekroczyłem trzykrotnie.

Jak to się zaczęło?

Ponieważ biznes wymagał gry w golfa, postanowiłem wziąć lekcje. Pojechałem do Modrego Lasu i tam poznałem Marka Sokołowskiego. Pochwaliłem się hektarami pod Świebodzinem w Kalinowie i było jak za Gajusza Juliusza Cezara – „Veni, Vidi, Vici”. Marek „przybył, zobaczył i zbudował”. Bez Marka pewnie nic z tego by nie było. Wziął wszystko na siebie,  co dało mi komfort cieszenia się budową. Przesadziliśmy 500 drzew. Od zera budowaliśmy jeziorka, pagórki. Była to największa przygoda mojego życia. Lubię tworzyć, szczególnie jak mam pod bokiem prawdziwego fachowca.

Jesteś zadowolony z tego, co powstało?

Często kłóciliśmy się o projekt pola. Ja chciałem, żeby było to pole przyjazne, łatwe, Marek marzył o mistrzowskim. Postawił na swoim i wygrał. Nadal narzekam na długość dołków. Jak par cztery może mieć 400 metrów? Par trzy po 170-180 m.? Jeziorka dla większości wyższych handicapów nie do przebicia. To moje przemyślenia. Ludzie generalnie pole chwalą i komplementują Marka Sokołowskiego za to, co stworzył.

Opłaca się być właścicielem pola?

Właścicielem jest teraz moja córka Ewa. Na razie na urlopie macierzyńskim. Firmę prowadzi jej życiowy partner i ojciec mojego wnuka Kuba Ossowski. A czy się opłaca? Powiedzmy tak – ostrożnie się bilansuje. Amortyzacja? Można zapomnieć. Mimo że na liczbę golfistów nie narzekamy.

Przebąkuje się o trzeciej dziewiątce. Prawda czy fałsz?

Jeżeli Ewa zbuduje? [śmiech – przyp. red.]. Sprawa i tak jest zamknięta. Nie jestem kościołem katolickim i ziemi teraz nie da się dokupić. Mam natomiast cudowne hektary w Łagowie. To tam pierwotnie miało powstać pole. Chyba jestem jednak zmęczony. To czas na odpoczynek, nie inwestycje. Chociaż kto wie, bo projektować uwielbiam.

Często grywasz w golfa?

Tak często jak się da. Ostatnio do pasjonatów golfa dołączyła także moja żona. Lubimy zagrać o szóstej rano. Nie ma upału, spokój, cisza, a i o tee time łatwiej [śmiech – przyp. red.]. Często też latamy do Portugalii na pole Praia D`el Rey. Wykupiliśmy tam członkostwo. Cudowny relaks.

Masz inne hobby?

Brydż. Raz w tygodniu obowiązkowy. Książki, mp3 w czasie jazdy samochodem i muzyka. Zostałem w latach sześćdziesiątych. Smętny blues, country i Pink Floyd – do zatracenia.  Shine On You Crazy Diamond, czy Division Bell na full, przyciemnione światło. Nie ma lepszego odreagowania codziennych problemów.

Rozmawiał Jacek Zaidlewicz, “Golf&Roll” 3-2017, fot. strzały na fairwayu