Alejandro Pedryc: Sen o mistrzostwie

Mając 7 lat, wygrał w Hiszpanii swoje pierwsze zawody i od tej pory notuje nieustannie pasmo sportowych sukcesów. Raczej spokojny, skoncentrowany na treningu, stroniący od błysku fleszy, choć już w 2013 roku ogólnopolskie media okrzyknęły go nadzieją polskiego golfa. Alejandro Pedryc w sezonie 2018 jako pierwszy krajowy golfista triumfował zarówno w mistrzostwach Polski mężczyzn, jak i mistrzostwach Polski match play oraz czempionacie juniorów. Mimo że jeszcze kilka miesięcy temu nie wierzył, że dostanie szansę gry w amerykańskiej pierwszej dywizji, dziś pakuje już walizki przed wyjazdem do Stanów.

18 lat, dopiero co zdana matura, a tyle już sukcesów, zwycięstw, medali, pucharów mistrzostw Polski…

Które przy wyborze uczelni gwarantującej sportowe stypendium…, nie mają żadnego znaczenia.

Oczywiście każdy start w ważnym turnieju miał znaczenie dla mojego rozwoju, niejeden sukces cieszył, dodawał punkty do światowego rankingu, ale dla uczelni amerykańskich, które w Europie szukają dobrych graczy, nie ma teraz znaczenia, czy wygrałem mistrzostwa Polski do lat 12 czy nie. Liczy się rywalizacja na międzynarodowym poziomie. Więc jeśli spytasz o to, które starty były w mojej karierze kluczowe, to wymienię dwa – ubiegłoroczne mistrzostwa Europy, które w czerwcu odbyły się w Holandii, oraz Eisenhower Trophy, uznawane za mistrzostwa świata. Po trzech dniach European Amateur Championship notowałem +3, przeszedłem cuta i trafiłem do flightu z dziewiątym zawodnikiem WAGR Szwedem Fredrikiem Nilehnem, który studiował w Texas Tech. Caddiował mu kolega z uczelni Kolumbijczyk. Obserwując moją grę w ME stwierdzili, że takiej osoby brakuje im w uczelnianej drużynie. Dali kontakt do trenera, ale nie wierzyłem, że coś z tego wyniknie. Wprawdzie ich head coach obserwował mnie potem podczas British Boys w Irlandii, ale wątpiłem, że mógłbym aplikować do uczelni z 1 dywizji NCAA… Przełom nastąpił w mistrzostwach świata. Zagrałem golf życia, notując -14 po czterech rundach. Zawody ukończyłem na 13. miejscu, co było… nie do uwierzenia. A jeszcze bardziej nierealny był się fakt, że telefon się rozdzwonił i zacząłem dostawać kolejne i kolejne propozycje od amerykańskich uczelni.

Początkowo nie wierzyłeś, że dostaniesz miejsce w notującej coraz większe sukcesy drużynie Texas Tech University?

Gdyby ktoś w zeszłym roku powiedziałby, że będę członkiem drużyny grającej w pierwszej dywizji, z rewelacyjnym programem sportowym, z wybitnymi warunkami do treningu golfa, w tym jednym z najlepszych akademickich pól w USA i z pełnym stypendium, to powiedziałbym, że chyba śni.

A jednak – zaraz zaczynasz naukę i trening w Teksasie…

Nie tak zaraz, bo trenerzy z Texas Tech zaproponowali, abym zamiast zaczynać studia od sierpnia, dokończył sezon w Europie i przyleciał do nich w styczniu i od kolejnego lata zajął pełnoprawne miejsce w drużynie. Gdy to usłyszałem, to byłem załamany, bo tak bardzo chciałem już zaczynać starty w NCAA. Uświadomiłem sobie jednak, że na pierwszym roku i tak grzałbym ławkę, a tak mam pół roku na spokojnie wejście w życie drużyny. Przez te dodatkowe pół roku rozpocznę już studia, więc program 4-letni mogę spokojnie rozłożyć na 4,5 roku. Jeśli chodzi o kierunek studiów, to celuję w biznes, ale nie trzeba się deklarować aż do przedostatniego roku, bo pierwsze dwa lata są ogólne, więc zobaczymy, jak wyjdzie.

Sztampowe, ale nieco obowiązkowe pytanie – skąd golf w twoim życiu?

Urodziłem się w Polsce, ale rodzice mieszkali wcześniej w Hiszpanii, więc gdy byłem niemowlakiem, przeprowadziliśmy się do Andaluzji. Do 7. roku życia wychowywałem się w nadmorskiej Tarifie, gdzie tata pracował przy produkcji desek windsurfingowych dla zawodowych surferów [startowały na nich m.in. słynne siostry Moreno, zdobywczynie Pucharu Świata oraz mieszkający obecnie w Polsce dziewięciokrotny mistrz świata Steve Allen – przyp.red.]. Od końca lat 90. ojciec grywał w golfa z kolegami. Zazwyczaj w trakcie popołudniowej sjesty zamykał windsurfingowy sklep i jeździli na golfa. Naturalnym więc było, że jak się urodziłem, to zabierał mnie i poza golfowym wózkiem pchał po polu wózek ze mną w środku.Uczyłem się więc raczkować na położonym 50 km od Tarify obiekcie Almenara GC, blisko słynnej Valderamy. Między 5. a 7. rokiem życia grałem w szkółce La Cañada, która miała ponad dwustu juniorów i wychowała takie gwiazdy, jak siedmiokrotny zwycięzca zawodów European Tour Álvaro Quirós.

W 2008 r. w Hiszpanii zapanował kryzys gospodarczy, więc rodzice zdecydowali o powrocie do kraju. Miałem osiem lat i pamiętam, że z Tarify do Warszawy jechaliśmy samochodem, a ja w trasie wkuwałem polskie słówka, bo przeżywałem, jak to będzie w polskiej, a nie hiszpańskiej szkole. Mimo że w domu zawsze mówiło się po polsku, to jednak moim pierwszym językiem był właśnie hiszpański.

Rodzice zapisali cię od razu do podstawówki i na golfa?

Tak. Moją golfową pasję kontynuowałem na drivingu Golf Parks Wilanów, ale gdy tylko powstało pole Sobienie Królewskie – jakoś w 2011 r. – to od razu zaczęliśmy tam jeździć. Pamiętam pierwszy sezon, gdy trawa była dopiero siana i nosiliśmy takie maty, które służyły za tee… Jestem bardzo wdzięczny Sobieniom za to, że udostępniły mi swoje miejsce do treningu, odgrywając bardzo dużą rolę w moim rozwoju.

A co zatem lubisz robić w wolnym czasie, poza golfem?

Grać na gitarze. Uczę się z Youtuba, z niezłymi efektami. Zaczynałem od akustycznych piosenek, teraz wolę soft rockowe solówki. Mój ulubiony artysta to John Mayer.

Co jest jeszcze ważne, poza golfem i muzyką?

Trzy psy, które mamy w domu – owczarka niemieckiego, uratowaną z ulicy sunię oraz boston terriera. Trio absolutnych wariatów, które potrafi mnie zmęczyć psychicznie i fizycznie bardziej od golfa. Lubię wyjść z nimi na spacer, bo to dobry czas, aby sobie wszystko poukładać w głowie. Choćbym miał gorszy dzień, to radość psiaków, gdy wracasz do domu, jest bezcenna. Potrafią przywrócić ci uśmiech na twarzy…

Całość wywiadu w Gol&Roll nr 2-2019

Rozmawiała Anna Kalinowska, fot. strzały na fairwayu